/img001_0001.djvu

			-' 


.
..
<#
.t
 :: 


,'-k ......- 
.' ¥,ł
'! . .
		

/img001a_0001.djvu

			W 8 TĘP. 


Książkę przeznaczamy dla starszej młodzieży i doro- 
słych, uważając podane do czytania ustępy za materyał do 
samodzielnego opracowywania ustnego i piśmiennego. 
Celem naszej pracy było zgromadzenie takiego materyału 
do czytania. który mógłby stanowić punkt wyjścia dla oma- 
wiania rozmaitych zagadnień życia ludzkiego; przy wyborze 
materyału myślą przewodnią były nam w z g I ę d y n a t u r y 
etycznej. 
Unikając t zw. moralizowania, nakazów etycznych. dą- 
żyłyśmy do tego, by podziałać na uczucie, pobudzić umysł 
czytelnika do zastanawiania się nad czynami i stosunkami 
ludzkimi, do samodzielnej oceny faktów, do wyprowadzania 
samodzielnych wniosków. 
Nie wahałyśmy się poruszyć takich kwestyj, któ- 
rych rozwiązania dzisiejsze pokolenie nie zna jeszcze, ale 
wie, czuje, że dotychczasowe rozwiązanie kwestyi przez za- 
mykanie na nie oczu jest wygodnym błędem. Wierzymy, że 
ludzkość w zwycięzkim pochodzie ideowym, zwalczy zło, które 
dziś wydaje nam się niezwalczonem; że to, co dziś wydaje 
się smutną koniecznością, jutro koniecznością być przestanie. 
Wierzymy, że młodzież, mniej zżyta z tradycyjną opinią, powo- 
łaną jest do stworzenia nowych opinii moralnych, nowych 
form życia. Stawianie tych zagadnień przed oczy młodzieży, 
pobudzanie jej do zastanawiania się, jest obowiązkiem wo- 
bec przyszłości. 
Nie cofałyśmy się też przed poruszeniem t}'ch kwestyi, 
które zwykle wychowawca pomija starannie, choć wiemy
		

/img002_0001.djvu

			Dla przyszłości 


Czytania dla młodzieży i dla dorosłych 


zebrały i ułożyły 


StBfania SBmpolowska i Julia Unszlicht-BBrnstBinowa 


. 


Część 1.: 


My-ludzie i przyroda 


Nakład Jakóba 
Iortkowicza. 
Warszawa 1907 - G. Centnerszwer i Spółka 
Lwów - Księgarnia H. Altenberga. 


-
		

/img003_0001.djvu

			7/ 


.Q 
-- 


1-!JfJ Ó 


- 


..... 
-;:;; 


?lj911J./i 



I 

! 


- 


Odbito w Drukarni Narodowej w Krakowie. 


hh,Gtq'
		

/img004_0001.djvu

			Dla przyszłości 


Część l.: 


My-ludzie i przyroda 


.
		

/img005_0001.djvu

			Cel świata - szlachetnienie! 
(KrGSiush .Psalm miloiei. c ) 


Radź się ludzi doświadczonych, ale pamię- 
taj, że doświadczenie jest zbiorową mądrosci
 
całej przeszłości z wyłączeniem momentu te- 
raźniejszego; pamiętaj, że doświadczenie ma 
sl\d i pojęcie na wszystko co się stało, t}'lko 
nie ma pojęcia na to, co 8i
 w tobie dzieje. 
Żyj godziną wiosny życia własnego. 
Nie ciśnij się między starców zgrzybia1ych, 
nie przyswajaj sobie języka ludzi doświadczo- 
nych. Nie siej zbyt skąpI\: ręką na niwie 
twej przyszłości - bądź siewcą ostrożnym, 
ale gdy siać będziesz, nie lękaj się pełną 
garścią śmiałych życzeń przed siebie rzucać! 
Gabryela (Obrazek wdamy.)
		

/img006_0001.djvu

			SPIS RZECZY 


Człowiek i prZ}'roda (Dygasitiski) 1 
W śród wody (Dygasiński) 2 
Czlowiek pierwotny i zwierzęta. (L. Kr.!.:ywicki) ó 
:Mistrze wśród zwierzł.,t (Klonowicz) 7 
Człowiek opanował przyrodę 8 
Km] (Desmolins) 11 
Kon (J. Słowacki) 14 
Koń
górnik (E. Zola) 14 
Oszukiwany (Żeromski) 19 
Psia dola (D}'gasiński I 20 
Z ludzkiej etyki (D}'gasiński) 2S 
Polowanie na. foki 25 
Polowa.nie (Tołstoj) 26 
Woły (Świętochowski) 28 
Jaskinia krwi (Dygasiński) 31 
WegetaryaniZIn - jarstwo (Tolstoj) 33 
C7.yjaź ona była? (Brodowski) 35 
\V niewoli n czlowieka (Dygasiński) 40 
Lasy litewskie (Mickiewicz) 44 
N a wyrębie (Orkan) 45 
W lesie (A. :M:ickie\vkz) 48 
Dęby (Dygashiski) 5U 
Sosna (StaIf) 52 
O ŚWicie (Orkan) 55 
Ze słońcem (Br. Ostrowska) 57 
Wpływ warunków geograficznych na człowieka 
(W. Nalkowslul 60 
Z Kujawskiej gleby (Przybyszewski) 62 
BruI z Lubartowa (A. Szymański) 67
		

/img007_0001.djvu

			Do Litwy (A. Mickiewicz) 74 
Idzie zima (Wl. St. Reymont) 75 
Co księżyc widzial (Andersen) 80 
W wieczornej ciszy (Dygasiński) 82 
Czlowiek i przyroda IFlaruarion) 84 
"Początek swiata. (St. Kramsztyk) 86 
Dzieje swiata (M. Heilpern) 8n 
Palingeneza. (A. Lange) 90 
Hypotezy co do powstania pierwszych sladów 
życia na ziemi (J. Nussbaum) 9"2 
Ewolucya. organizmów (\V. Jezierski) fl5 
Z "Psalmu miłości" (Z. Krasiński) 101 
Pszczoły (Maeterlink) 101 
Z dziejów naszej ziemi (E. Romer) 108 
Z Heraklita (J. V rchlicki tl. Konopnicka) 115 
Przyszłość śv..iata (W. Na:tkO'w:>kj) 115
		

/img008_0001.djvu

			VIII 


wszyscy nadto dobrze, że umysł młodzieży zajmują. Ponie- 
waż omawianie ich przedstawia trudności - zwykliśmy .zape- 
wniać młodzież, że rozwiązanie tych zagadnień dla niej przed- 
wczesne, i patrzymy spokojnie, że młodzież sama, bez naszej 
pomocy, poza naszymi plecyma szuka rozwiązania wielu drę- 
czących zagadnień. 
Starałyśmy się wybierać ustępy, możliwie artystycznej 
wartości, w ostateczności posługując się tłomaczeniami lub 
ustępami mniejszej wartości literackiej. 
Książkę tę uważamy za pierwszą próbę, próbę konieczną: 
oparcia się w wychowaniu na potrzebach dnia ju- 
trzejszego, a nie na wymaganiach dnia wczorajszego. 
Ze względów praktycznych podzieliłyśmy książkę na 
cztery działy, obejmujące pewne grupy zjawisk życiowych: 
L My - ludzie i przyroda. 
II. Religia w życiu ludzkości 
III. Człowiek i ludzie 
IV. Własna jażń. 
Działy te stanowią ściśle związaną całość i uzupełniaią 
się wzajemnie. 


SI. Sempoło-wska 
J. u T 'Ilszlic'hl-Berllstei1lQwd.
		

/img009_0001.djvu

			Człowiek i przyroda. 


, 


Przyroda uczyniła go królem, a on bogów na podo- 
bieństwo swoje uczynił. Do ziemi 19nie mniej, niż inne 
istoty; w ciągłych wędrówkach coraz inną znajduje dla siebie 
siedzibę, z lądu na ląd się przenosząc. Na to ku niebu dumne 
i piękne swe czoło wznosi, aby sropą mógł snadniej deptać 
swych współmieszkańców. On jeden w przyrodzie umie 
panować, posuwając dumę i butę aż do pogardy innych. 
Żadne skarby nie zdają mu się tak cenne, jak jego życie, 
które się wytworzyło z przetrawienia wszystkiego, co w przy- 
rodzie jest najkosztowniejszego; w to życie wsiąknęły naj- 
celniejsze siły i materyały bytu. A gdy się przesycił przyrodą, 
wytworzył sztukę, którą jako dzieło swoje nazwał wyższą 
od samej przyrody. Sam stworzony - potężnym twórcą się 
staje, tworząc nowe dzieła na ruinach starego bytu. Wdarł 
się w tajemnicę genezy rzeczy, wielkie dzieło stworzenia 
uznał za rządy sił ślepych, a działalności swojej przyznał 
świadomość. 
. Całą ziemię podzielił on na części rozgraniczone i dał 
im nazwy od swego własnego gatunku. Potomstwo swoje 
naucza z pokolenia w pokolenie trudnej sztuki panowania 
nad przyrodą i nie ma żadnego innego pragnienia, jak żądzę 
podboju wszystkich jej potęg. Przyroda-niewolnica służyć mu 
musi! Siły jej zaprzągł, aby go przenosiły z miejsca na 
miejsce, pracowały ku jego korzyści. Gdy mu potrzeba, pali 
ją jej własnym ogniem, pruje i kraje jej własnem żelazem, 
w ciemnościach przyświecać sobie każe. 
Z toni wód, z łona ziemi pełną garścią czerpie on skarby, 
a ziemię i wody na swe prowincye zamienia. - Ani skwary 
słońca, ani straszne mrozy nie powstrzymały jego kroków, 
kiedy we wszystkich kierunkach przemierzał powierzchnię 


M)--Iu<:ziel.
		

/img010_0001.djvu

			? 
2 


ziemi, wdarł się do jej głębi, w lotnej atmosferze, znalazł 
dla siebie oparcie. Ziemia bezsilną się okazała wobec wła- 
snego najmłodszego dziecięcia i w uczucia macierzyństwa 
swego pozwoliła mu zagarnąć całe dziedzictwo. Człowiek 
z ideałem bóstwa w duszy zdąża do tego, aby się stać tak do- 
skonałym iak sama przyroda. Są wszelkie powody mniemać, 
że jeśli choć w części tę doskonałość osiągnie, wtedy zwróci 
się do swej matki z całą miłością. 


Dygasiński l). 


Wśród wody. 


Rozległa równina otacza lepiankę Zawodów. Drzew tutaj 
jest mało jak w pustyni; zaledwie na tej płaszczyznie spo- 
strzegasz kilka wierzb białych i olszyn; złotowierzb, a wi- 
klina niewyżej wzrastają od bujnych sitów dokoła jeziorzysk, 
bagien, rowów. Za to pełno wszędy rogoży, tataraku, trzciny 
i skrzypów. Ponad wodami rosną niezapominajki, błotne ko- 
saćce, krwawnice, białe sagitarye. Powierzchnia wód tych 
znowu okryła się kOżuchem gęstej rzęsy, a z rzęsy wystrze- 
liły piękne, jak z alabastru rzeźbione, białe grzybienie i inne, 
wspaniale rozrosłe, niby centyfolie lub kamelie, grzybie- 
nie złote. 
Kiedy wiatr rozbrykany wpadnie w ajery, wyprawia mu- 
zykę w tym gąszczu ziela. f chwieją się jak w tańcu ciemne 
kity oraz czerwonawo-brunatne pałki trzcin wodnych. Wtedy 
to tysiączne legiony lazurowych i szmaragdowych świtezianek 
czepiają się łodyg i liści tych grających roślin, i połyskując 
jakby ich kwiaty, w milczeniu wysłuchują muzyki, z którą 
przyleciał na Powiśle i Ponidzie wiatr, ów bard z dale- 
kiego kraju. Smutna jest pieśń, co z burzą przychodzi!... 
A i tej ktoś wysłuchać musi. 
Ale w dnie jasnej pogody bujają świtezianki ponad falami, 


1) Dygasiński - "Nędzarze życia".
		

/img011_0001.djvu

			3 


ułożonemi w zwierciadło, oddają się miłości, zachwytom, 
zajęciom życia znikomego: składają w wodę jajka przyszłości. 
Bo woda, równie jak ziemia. piastuje w sobie kolebki i mo- 
giły życia. 
W pląsającym polocie pojawiają się i złotawe ważki 
z olbrzymiemi oczyma, i jętki jednodniowe, i wątluchne 
chróściki; wszystko walczy, kocha. za dobrą sprawę umiera... 
Czasem z tajemniczych głębin. niby krety wodne, pod wierzch 
wypływają czarne kałużnice lub pływaki, a zadziwione wi- 
dokiem świata, czemprędzej trwożnie na dno uchodzą... 
Niekiedy wygodnie jest zakopać się w błocie. 
Jakieś długie. trupio wyblakłe pająki o ruchach nie- 
zdarnych, nastawiły sieci między liliami wodnemi; strach 
i mordy krwawe sieją. Płaski pluskolec łazi na swoich szczu- 
dłach, a taki nieruchawy, że zdaje się krwi nie mieć. Po- 
wyłaziły rogate ślimaki. wytrzeszczyły dziwne oczy na słońce 
i zaśliniły czystość zieleni u trzcin wysmukłych. Ustawiły się 
po brzegach szeregami żaby, bystro zerkają, czy jaki bocian 
na nie gdzie nie czatuje. One w razie niebezpieczeństwa 
umieją dobrze skakać i nurkować. Ta bowiem akrobatyka 
popłaca w wodzie równie jak na lądzie. 
Tuż pod powierzchnią jeziora pokazał się i król tych 
wód, zielonawo-bury szczupak; stanął w wodzie jak martwy, 
patrzy straszliwie, bo bez wyrazu... Milczący tyran, morderca, 
obłudną maską powagi pokrywający swą dzikość; tylko ruch 
wody wstrząsa jego pletwami zlekka. I otyły grubo-karczasty 
karp wyłazi ze swojej pieczary; przewalił się ciężko po wo- 
dzie, jak wielki bogacz, magnat - błysnął złotą łuską, za- 
kłócił spokój wodnej przezroczy. Lin poruszył się z mułu, 
wyciąga ku górze swą czarną aksamitną głowę, otworzył 
okrągłą paszczę, żądnie pochwycił jakąś zdobycz i zniknął 
w topieli. 
A rybia młodzież, liczny zarybek, hula tu gromadami; 
szczęście życia, swawola wiodą ten drobiazg na zgubę. 
Pluśnie czasem ponad wodą srebrzystą płotka, da susa 
kiełbik, zmykający przed zawziętą pogonią żarłocznego okonia. 


l"
		

/img012_0001.djvu

			4 


I rak, lichota w biegu, pokazuje się niekiedy na tern pospo- 
litem ruszeniu wszechwodnej rzeszy. 
Za państwem owadów szybko ściga jaskółka brzegówka, 
wydając niekiedy krótki odgłos jakiegoś radosnego tryumfu 
lub kąpiąc ciało w przelocie. 
Nadbrzeżne pliszki fertycznie się zwijają, podzwaniając 
jeden takt piosenki; przyczajone w gęstwinach długonogie 
i długodziobe bekasy oraz chróściele krociami tępią rody 
muszek, komarów, glist i chrząszczyków. Lecz oto nad 
brzegiem, na jakimś wpółprzegniłym pniaku usiadł grubo- 
głowy, a cieńkodzioby zimorodek, piękny, blaskiem przepychu 
mieniący się samotnik: poważnie i cicho wpatruje się w wodę, 
niby to badacz, a jak kot czatujący, aby złowić nieostrożną 
rybę. - I czapla z esowato wygiętą szyją, o czarnym czubie 
stoi posępna, jakby los świata opłakiwała; po faryzejsku się 
ona zamyśla, bo celem jej życia jest tępić. gubić. pożerać, 
aby istnieć. Łyska czasem mignie w wodnych zaroślach, 
a niedorzecznością jest mniemać, że to jej włóczenie się po 
zielu jest jakąś bezcelową wędrówką. Dziwne głosy kurek 
wodnych można podsłuchać wśród owej pozornej ciszy. 
Serce ci bije prawie z obawy, czy to nie są jakie nadprzy- 
rodzone dżwięki, czy one nie pochodzą z zaczarowanych 
pod wodą pałaców. Lecz czyś filozof, czy poeta - szukaj 
prawdy, powabniejszej nad wszelkie zmyślenie: to bąki rżą, 
jak gdyby pod ziemią tętniło: ryby mlaskają i klaszczą 
w norach; zbłąkana ptaszęca matka dzieci do łona swego 
wabi; kurka wodna, z jaj spłoszona, wydaje głos trwogi- 
może jej pomoc kto przyniesie w nieszczęściu. Zresztą, 
gdzież nie ma tajemnic?... I tutaj są ich miliony. Kto wie 
dobrze, co na dnie jeziora porabia szczeżuja, zamknięta 
w muszlach? Jakie są bóle i uciechy marnej żaby? Kto wie, 
czyją krew chłepcą pijawki? Alboż nam znane są macie- 
rzyńskie poświęcenia cyranek? Alboż po dnie wód naszych 
dniem i nocą nie łażą, jak widma, straszne potwory równie 
krwiożercze jak wilki, tygrysy, hyeny? Czyż w ciała wQdnych 
stworzeń nie wpijają się inne wodne istoty? Wszakże mały
		

/img013_0001.djvu

			5 


pływak skrada się nieraz pocichu do olbrzyma szczupaka 
i straszną ranę wierci mu aż do trzewów lub serca. Wśród 
rozległych bagien nad jeziorami, nad rzekami - człowiek 
się przeraża, a jednocześnie szanuje ciszę tych miejscowości, 
jakby je uznawał za przybytek wyższych od siebie istot 
Na naszym wodnistym kliniku ziemi, blizko wierzchołka 
kąta ostrego, który utworzyła Wisła z Nidą, jest świat nie- 
dający się poznać z żadnej książki. Trzeba tam iść i za- 
mieszkać, aby zrozumieć ten rodzai życia. Trzeba się oswoić 
z tajemnicami owej świątyni w jasny dzień. o szarym zmroku, 
w nocy, O wschodzie, o zachodzie słońca. 
Dygasiń8ki'). 


Człowiek pierwotny i zwierzęta. 


Jedna z gadek naszego ludu opowiada o młodzieńcu, 
jadącym po złotego ptaka. W drodze spotyka on wilka, któ- 
remu uniesiony litością, pozwala pożreć naprzód swego konia, 
potem żrebię, a kiedy nienasycony żarłok przychodzi po 
raz trzeci, królewicz ofiaruje samego siebie. Drapieżne zwie- 
rzę, rozczulone tą dobrocią. przyrzeka pomódz mu w wy- 
prawie po złotego ptaka i niesie go na swoim karku. dając 
wskazówki, jak królewicz ma wykradać ptaka i wreszcie 
opuszcza go, gdy wyprawa została uwieńczona powodzeniem. 
W bajce tej zwierzę jest posiadaczem niezwykłej wiedzy, 
mocy i przebiegłości, większej od tej, jaką posiada istota 
ludzka. Wprawdzie włościanin nasz nie wierzy w to, co 
opowiada, ale gadka zawiera w sobie rdzeń ongi istotnych, 
a bardzo wpływowych wierzeń, zwierzę w tych wierzeniach 
występuje w charakterze jestestwa, obdarzonego większą 
potęgą, niż człowiek. W przesądach ludu naszego często 
spotykamy się z taką mocą przypisywaną zwierzęciu. Pies 
przeczuwa nadchodzące klęski, widzi widmo cholery, wyje 


I) Dygasiński - "Wśród wód«.
		

/img014_0001.djvu

			6 


gdy śmierć podkrada się do chaty. Kukułka kukaniem 
przepowiada, ile lat pozostało do śmierci lub wesela; bydło 
w noc Bożego Narojzenia rozmawia między sobą, a kto 
podsłucha tej rozmowy, dowie się o wszystkiem, co czeka 
gospajarzy w ciągu roku. Człowiek, wyznający takie zapa- 
trywania, jeszcze nie uznał siebie za pana ziemi. za najinte- 
ligentniejszą na globie istotę, bo kur lub świerszcz posiadają 
władzę, której on nie ma, bo zwierzęta mogą zajrzeć w przy- 
szłość, która dla niego jest zakryta. Nasze przesąjy tego 
rodzaju rozpierzchają się już jednak i zanikają, jako prze- 
żytki prastarego pogląju na świat, ale to, co u naszego 
ludu jest przeżytkiem, to u ludów dzikich, drga jeszcze 
życiem. Wierzenia i praktyki ludów dzikich wykazują głęboki 
szacunek, z jakim człowiek pierwotny spogląda na zwierzę: 
jest ono tam opiekunem istoty ludzkiej, panem jego losów, 
cierpień, nędzy i dostatku. U Austra!czyków np. pewne 
zwierzę rozciąga opiekę nad woją, a jeśli człowiek przełamie 
istniejące z niem przymierze, będzie pozbawiony tego, tak 
potrzebnego żywiołu. 
Wskrześmy w wyobrażni da1ekiego swego przodka, nie- 
posiaj'ljącego narzęjzi, ani oręża, niem'ljącego pazurów 
i kłów, otoczonego przez patężnych drapieżców i zręczną 
zwierzyną. Czyż nie musiał widzieć w zwierzęciu istoty 
wyższej, potężniejszej od siebie? Czy na każdym kroku do- 
świadczenie go nie uczyło, że zwierzęta przewyższają go pod 
każdym względem?l) Zwierzęta w jego mniemaniu były panami 
świata, pełnymi wiedzy i potęgi. W owych czasach, kiedy 


I) Wśród jestestw człowiek przedstawiał stworzellle uajslabsze. 
a przytem najmniej zagadkowe. 'Vszystkie żywioły, a także okazy 
świata zwierzęcego przewyższaj
 go swoją potęg
. Im pewien przed- 
miot pr.ł.:yrody istotny, czy urojony, jest poJobniejszy do czlowieka. 
swymi kształtami i własciwo.3ciami, tern mniej posiada mocy, wpływu 
i zagal.ow03ci. natomiast więcej powinowactwa z człowiekiem. Ży- 
wioły przvrody. a WięC błyskawica, tęcza, jako nie mające postaci 
ludzkiej, są potężniejsze nEż zwierzęta.j a p
iadając formę zwierzęcą 
(np. t
cza jest gąsienicą) są im bliższe niż czlowiekowi.
		

/img015_0001.djvu

			7 


człowiek, nieposiadający oręża, nieświadom sił otoczenia, 
drżał przed zwierzętami, wytworzył się kult zwierząt: zooteizm. 
Nadawano też formę zwierzęcą potężnym żywiołom: chmura 
była olbrzymim gromoptakiem, trąba powietrzna smokiem, 
błyskawica wężem itp. Ale z biegiem czasu i postępem 
narzędzi, a przedewszystkiem w miarę rozwoju umysłowego, 
człowiek poznawał wyższość swoją nad zwierzętami, bo za- 
panowywał nad nimi. Istniejąca rzeczywistość przestawała 
odpowiadać tradycyom, jakie żyjące pokolenie otrzymało 
. w spadku po dalekich praojcach o wszechmocy zwierząt. 
Z postępem techniki i wiedzy, człowiek odzierał zwierzęta 
z przymiotów, jakimi je obdarzał; istota ludzka coraz bar- 
dziej uświadamiała sobie, iż jest najpotężniejszem i naj- 
mądrzejszem stworzeniem na ziemi. 


Mi8trze wśród zwierząt. 


Mularza uczy murować jaskółka, 
Malarza cudnych gweksów 2 ) uczą ziółka, 
Cieśla się uczy od ptaków, gdy w maju 
Budują w gaju. 


Pająk uczy prząść, rodząc z siebie włókno, 
Z niego pojął knap ') osnowę na sukno, 
Od niego przywykł tkacz cwelichów') ślicznych, 
Wzorów rozlicznych. 


Takowy dowcip lichemu zwierzątku 
W tak małe ciałko Pan Bóg wlał z początku, 
I gospodarstwa uczy nas też zgoła 
Mrówka i pszczoła. 


1) Podług L. Krzywickiego - R-ozwój kultury_ Poradnik dla Sa- 
mouków. Tom V. część l. 

 floresy 1 linie esował-,e; ozdobne. 9) sukiennik. 4') tkanina. lniana. 
z pOdwójnej osnowy.
		

/img016_0001.djvu

			8 


Tak też i szkutnik ') przykład bez pochyby') 
Pojął od pławnej i od wodnej ryby, 
Której rzecz własna jest w wodzie przebywać 
ł po niej pływać. 


Więc na kształt ryby wnet szkutę") urobił 
ł udychtował<) i żelazem obił 
Sztaba ') miasto łba. a rufa") sprawiona 
Miasto ogona. 


I miasto skrzeli dla pewniejszej jazdy, 
Przy burtach ') obu rozsadził pojazdy8) 
Stądże do czołnu "), stądże i urosło 
Do łodzi wiosło. 


A jako ryba wodę głową porze, 
Tak szkuta rzekę sztabą rznie i orze, 
I dzieli bruzdy na obiedwie stronie, 
Jak po zagonie. 


A styr 10) po zadu, tudzież płynie w pogoń, 
Jako za rybą wodowładny ogon, 
Kieruje szkutą, a Ona nie błądzi, 
Gdy ją styr rządzi. 


Klonowicz. 


Człowiek opanował przyrodę. 


Porównajmy nasze położenie z położeniem dzikich tego- 
czesnych i ludzi przedhistorycznych. 
Nie możemy sobie dziś nawet wyobrazić grozy, w jakiej 


l) żeglarz. 2) niewątpliwie. 3) rodzaj statku. 4) umoeni
. S) przednia 
częM statku, dziób. 1'» tył statku. 1) bok statku. t!) miejsca. na. oss.d.zenie 
wioseł. 9) czółno. 10) ster.
		

/img017_0001.djvu

			9 


żyli nasi przodkowie. Dziś nauka dała nam prawie całko- 
witą władzę nad naturą, której siły - ciężkie i niebez- 
pieczne dla nieświadomych, dla nas są zbawienne. Walczymy 
skutecznie z mrozem, wiatrem, śniegiem, deszczem, ciemno- 
ścią. Nie potrzebujemy już jaskiń wilgotnych, zimnych, ciem- 
nych; promienie słońca snopami całymi wpadają do naszych 
domów, dzięki wynalazkowi szkła, a noc nas nie przygnębia, 
bo umiemy wytwarzać piękne światło. 
Ile postępu w naszem pożywieniu! Większość roślin po- 
żywnych została wytworzona lub zmieniona przez uprawę 
i pracę setek pokoleń tak, że nawet dzisiejsi botanicy nie 
mogli odnależć ich pierwowzorów. Pomiędzy kwaśnemi ziar- 
nami dzikiego wina, a naszemi gronami, pomiędzy jarzy- 
nami i soczystymi owocami naszych sadów, a łykowatymi 
korzeniami i cierpkiemi odmianami dzikich jagód rÓŻnice są 
tak wielkie, że można uważać śmiało nasze owoce i jarzyny 
jako wytwory sztuczne. 
Oswoiwszy konia, wołu, wielbłąda, rena, słonia itd., 
człowiek zużytkował ich siłę, zastępując nią swoją słabą 
i niedostateczną. (Siła konia rÓWna się sile 7 ludzi). Poru- 
szającą siłą wiatru i biegu wód - siłę bardzo potężną, (Jeden 
wodospad Niagara - wystarczyłby dla poruszania wszystkich 
fabryk Anglij!) uiywa do przewozu i obracania maszyn. 
Przedhistoryczny wynalazca, który pierwszy z dwóch 
krzemieni wykrzesił iskrę, nie przeczuwał jaką potęgą obda- 
rzył ludzkość. Ogień, zaspakajający z początku najniższe po- 
trzeby życia domowego, używany potem do przemysłu 
glinianego i metalowego, gdy ciepło jego przekształcono 
w rozprężającą siłę pary wodnej - stał się głównym mo- 
torem słuiącym człowiekowi. - Dzięki temu, że siłę tę 
człowiek może wywołać kiedy chce, gdzie chce, ile chce, 
i kierować nią, jak chce - ogień stał się dżwignią prze- 
mysłu. Możność zgromadzenia sił elektryczności. przeno- 
szenia tej siły z jednego miejsca na drugie, umiejętność 


l) Gide. Ekonomia polityczna.
		

/img018_0001.djvu

			10 


korzystania z jej działania wtedy, kiedy potrzebujemy - to 
nowe olbrzymie zwycięstwo człowieka nad przyrodą. Każda 
zdobycz zachęca człowieka do podejmowania nowych 
wysiłków, do dalszego badania przyrody, do daiszego jej 
ujarzmienia. Straszna błyskawica służy dziś pokornie roz- 
wojowi kultury; - słowa ludzkie płyną drutami wokoło 
ziemi; - głos nasz rozlega się na setki mil; - rękę ludzką 
wyręczają setki tysięcy sapiących maszyn i miliardy hu- 
czących trybów; - zamiast heliogryfów mamy druk ma- 
szyn rotacyjnych, zamiast nieudolnych obrazów rytych 
na kościach - momentalną fotografię; ciężkie i drewniane 
koła; ciągnione przez woły - zastąpiły pędzone na skrzy- 
dłach pary ogniste rumaki, lokomotywy i lśniące prze- 
pychem wygód wagony; pień wydrążony sunący zwolna 
z biegiem wód - przekształcił się w pływające po oceanie 
pałace - w twierdze i miasta na grzbietach fal; - teleskop 
odsłonił nam olśniewające tajemnice wszechświata, mikroskop 
zdumiewające życie i boje świata niedostrzegalnego okiem. 
Choroba nawet i śmierć cofają się przed nami. Przed 
50 laty ośmielano się przedsiębrać zaledwie drobne chirur- 
giczne operacye, dziś wycinają kości spróchniałe bez boju 
prawie i bez niebezpieczeństwa, podnoszą czaszki, otwierają 
jamy ciała. Możemy przewidywać, że wytwarzanie się ropy, 
suchoty, tyfus znikną wkrótce tak, jak zginęła prawie ospa, 
błonica, wścieklizna: że będzie się podlegało tylko choro- 
bom, na które się zasłuży życiem nieumiarkowanem lub 
zaniedbaniem praw hygieny. 
"Człowiek żywi daleko idące nadzieje dla przyszłości. 
Nauka udawadnia mu, że współcześnie ze wzrastającem 
ujarzmieniem przyrody zmniejsza się zależność człowieka od 
człowieka. Dzikus, będący na łasce kaprysów przyrody pro- 
wadzi nędzne życie, troska o wyżywienie zatruwa mu każdą 
godzinę. NIewolnictwo, które oddaje pracę wielu jednemu, 
stworzyło dla panów wczasy, zrodziło wraz z tern możność 
ukazania się zarodków nauki i lepszej techniki. Było ono 
koniecznością dziejową: wobec szczupłości darów otrzymy-
		

/img019_0001.djvu

			II 


wanych od przyrody, jedni zaprzęgli drugich w jarzmo, aby 
zaspokoić szerzej potrzeby swoje, a sami jęli się sztuki, 
polityki i nauki. Dzięki dorobkowi epoki niewolniczej władza 
nad przyrodą wzrosła i wraz z nią pojawiły się mniej na- 
pięte formy zależności - poddaństwo. Nasza epoka dalej 
ciągnie dzieło ujarzmienia przyrody i obdarza człowieka coraz 
większym zasobem środków zadość uczynienia swoim po- 
trzebom. W maszynach stworzyła cierpliwych, posłusznych 
niewolników, (we Francyi na rodzinę złożoną z ;; osób 
przypada tyle jednostek siły mechanicznej, iż odpowiada ona 
posiadaniu 18 niewolników), a rzesze tych niewolników 
szybko się mnożą i są bardzo posłuszne! W przyszłości 
rozwój techniki może iść tak daleko, że parę godzin pracy 
starczy na zapewnienie każdemu członkowi społeczeństwa 
wysokiego stopnia komfortu, reszta zaś czasu będzie obró- 
cona na kształcenie się, rozrywki artystyczne i obowiązki 
społeczne l)". 


Koń
). 


Ze wszystkich zwierząt najważniejszą rolę w życiu ludz- 
kości odegrał koń. Bez niego tryb pasterski życia byłby 
niemożliwy. 
Koń przystosował się do stepu, a nadto przystosowywa 
step do człowieka, otwiera człowiekowi możnOść wyżycia 
na stepie, robi step dzielnicą zamieszkałą. Umiejętność pa- 
sterska. stanowiąca jedyną produkcyę i jedyne żródło za- 
robku w stepie, byłaby niemożliwą bez konia. 
Koń dostarcza koczownikowi najważniejszego pokarmu, 
przekształcając rośliny na substancyę mięsną, na mleko ko- 
byle. Mleko to odznacza się tern, że zastąpić zdoła różne 
pierwiastki. niezbędne dla wyżywienia człowieka; jest jedno- 
cześnie napojem i strawą 3). 


l) L. Krzywicki. 
II) Podług DesIDolins _ "Szlaki dziejoweu. 
3) Skład mleka. kobylego następnjłłcy: na 100 części przypada.:
		

/img020_0001.djvu

			12 


Mleko to, spożywane pod nazwą kumysu, dostarcza 
pożywienia zdrowego i lekko strawnego, (dogodnego dla 
ludzi, którzy nie rozporządzają środkami kunsztu lekarskiego); 
koczownik przekłada je nad wszystkie inne. Prócz mleka 
koczownik mało czerpie pożywienia z konia, zwykle mięso 
końskie je tylko wtedy, gdy koń zdechnie lub zostanie ska- 
leczony. (Nie dlatego, aby mięsa tego nie cenił, ale ponieważ 
obrachow'łł, że korzystniej spożywać jego mleko i korzystać 
zeń jako z wierzchowca). Koń jest głównym pomocnikiem 
pasterza w pilnowaniu trzód. Wśród rozległych obszarów 
człowiek, pozbawiony wierzchowca, nie zdołałby utrzymać 
zwierząt w stadzie, ani przeszkodzić ich ucieczce, ani ścigać 
zabłąkane, ani wreszcie przewodzić tej całej rzeszy, pasącej 
się wśród wysokiej trawy. Koń występuje w roli żywego, 
a ruchliwego ogrodzenia. 
Koń jest zasadniczym pomocnikiem rodziny, zamieszku- 
jącej wielki step. Wyobrażmy ją sobie bez konia. Będzie 
pozbawioną możności przenoszenia się z jednego obozowiska 
do drugiego namiotu i niezbędnych do użycia sprzętów. Byt 
pasterski będzie niemożliwym. 
Wobec niebezpieczeństwa pożarów stepowych, napadu 
wrogów, człowiek nie mógłby ratować się ucieczką i byłby 
skazany na śmierć. 
Koń spaja rodziny rozproszone po okolicy stepu; 
i w życiu koczowniczem przedstawia najpotężniejszą dżwi- 
gnię uspołecznienia. Koń jest niemniej potrzebny do utrwa. 
lenia jedności religijnej pomiędzy rodzinami koczowników, 
rozrzuconemi wzdłuż i wszerz nieEmierzonych obszarów. 


cukru 
tłuszczów 
kazeiny . 
białkowych związków 
proteikowych subst. 
soli rozpuszczaillych 
soli nierozpuszczaillych . 


52%-57'28% 
11'07% -15-62% 
13-09%-18'28% 
2'18%- 4'21% 
4'88%- 6'13% 
0'448%-0'623% 
2"364%-2'592'10
		

/img021_0001.djvu

			13 


Jedynie on umożliwia dalekie pielgrzymki do starych przy- 
bytków lamaizmu, tych ognisk życia na stepie. 
Koń, przyczyniający się do stworzenia jedności w zakresie 
pracy. rodziny, sąsiedztwa, religii, w pewnych chwilach 
stwarzał także wielką spójność ludów koczowniczych pod 
wodzą takich panów, jak: Atyla, Dżyngishan i inni. Ludy 
myśliwskie i dzikie nigdy nie mogą wytworzyć takiej wiel- 
kiej jedności rządu, bo nie rozporządzają takim środkiem 
szybkiego gromadzenia się, jakim jest koń. Nadto zwierzę 
to jest jedynem zdolnem wdrożyć się do zmiennych ruchów 
armii, przystosować do rozmaitych klimatów, do zamętu 
wojny. Wielbłąd nie czyni zadość żadnemu z tych trzech 
wymagań. Dzięki temu zwierzęciu najezdnicy azyatyccy mo- 
gli odważyć się na tyle strasznych zagonów, aż do ostatnich 
granic lądu starego. 
Obecność lub brak konia może powstrzymać lub sprzyjać 
rozszerzeniu się rasy i władzy jednego narodu nad drugim. 
Chiny zostały zdobyte przez rumaka tatarskiego, pań- 
stwo księżyca założone przez arabskiego. 
Mahomet zrozumiał doniosłość konia dla podboju i dla 
tego podniósł starania łożone koło hodowania rumaków 
do godności czynu religijnego. 
Arab też nazywa konia swym bratem i synem, wysławia 
go w pieśniach. "Nie mów mi, powiada, że to zwierzę jest 
moim koniem, powiedz, że jest ono moim synem. On bie- 
gnie szybciej, niż wicher. chyżej niż wzrok rozchodzi się po 
równinie. Ono jest czyste jak złoto. oko jego jest tak jasne 
i bystre, że włosek dojrzy w ciemności. Orłowi mówi ono: 
tam spieszę, gdzie ty! Gdy usłyszy szczebiotania dziewczęcia 
drży z radości. Na świst kul odwagą drży jego serce. Z rąk 
kobiety wyprasza sobie jałmużnę; wroga uderza w twarz 
kopytem. Rozumie on wszystko tak, jak syn Adama, czło- 
wiek, mowy mu tylko brakuje!"
		

/img022_0001.djvu

			14 


Koń. 


Wybrałem sobie rumaka, 
z próżnem siodłem i strzemieniem, 
którego ojciec był burzą, 
a matka płomieniem! 
bo płomienie i wiatry mu służą, 
równe jemu robiąc rodowody. 
A jeszcze powiem, że był z wody 
i znów powiem, że wody był synem, 
a co do prędkości - delfinem, 
a co do krwawości był smokiem, 
co do lotu - był, mówię, obłokiem, 
co do nozdrza - był szczerym rubinem! 
A był orłem, gdy puścił się lotem, 
a gdy piersią uderzył - był grzmotem. 
A pod dumnym. szedł z dumą szlachecką, 
a pod starcem, jak starzec poważnie, 
a pod cichym, spokojnie jak dziecko, 
a pod silnym, jak rycerz odważnie. 
J. Słowacki'). 


Koń-górnik. 


...Byłto Bataille, koń najstarszy w kopalni; siwek, który 
od dziesięciu już lat nie widział słońca. Od tak długiego 
czasu zajmował ten sam kąt w stajni, spełniał tę samą pracę 
w ciemnych krużgankach i dobrze mU się powodziło. Był 
bardzo tłusty, sierść na nim połyskiwała i miał dobrotliwą 
minę mędrca żyjącego tutaj w cichości, zdaja od wszystkich 
cierpień i dolegliwości, prześladujących konie na powierz- 
chni ziemi. Bataille stał się w ciemności bardzo prze- 
biegły i inteligentny. Z biegiem czasu poznał tak dokładnie 


l) .T. Slowacki. Książę Niezłomny.
		

/img023_0001.djvu

			15 


.galerye, \ których pracował, że otwierał głową drzwi od 
wentylu, pochylał się w miejscach niskich, by nie uderzyć 
o sklepienie, a nawet niewątpliwie umiał liczyć ile razy 
nawracał, gdyż dokonawszy swej pracy dziennej, nie chciał 
ciągnąć dłużej i musiano go odprowadzać do żłobu. Ale 
postarzał się już i teraz kocie jego, widzące w ciemności, 
oczy zachodziły często mgłą melancholii. Może marzył mu 
się młyn pod Marctiennes, gdzie się urodził, brzegi Skarpy, 
zielone łąki i drzewa, kołysane podmuchami wiatru. Coś 
wówczas pa1iło się na niebie, jakaś wielka lampa... Ale nie 
mógł sobie dokładnie tego przypomnieć, zwierzęcą jego 
pamięć mroczył opar lat odległych. Stał ze spuszczoną głową, 
drżąc na starych nogach i czynił daremne wysiłki, by sobie 
jasno uświadomić, jak wygląda słońce. 


* 


* 


* 


W szachcie zjazdowym ukończono rozliczne przygoto- 
wania, sygnał uderzył cztery razy, poczęto spuszczać konia. 
Robiło to zawsze wrażenie i zaciekawiało wszystkich. 
Często zdarzało się, że zwierzę tak się przeraziło, iż docho- 
dziło na dół nieżywe. Na górze zawiązywano konia do 
wielkiej sieci; kopał zrazu z rozpaczą, potem czując, że 
brak mu pod nogami stałego gruntu, odrętwiał i jak ska- 
mieniały, bez drgnienia zapadał się pod ziemię, wpatrując 
się jeno w ciemności, szeroko roztwartemi oczyma. Tym 
razem zwierzę było za wielkie, by prześliznąć się przez 
rusztowanie szachtu, musiano mu więc przekręcić na bok 
głowę i przywiązać w tej pozycyi u spodu klatki, gdzie też 
uczepiono sieć. Zjazd trwał blizko trzy minuty. Przez ostro- 
żność maszyna szła pomału. To wywołało na dole wielkie 
podniecenie. Cóż się stać mogło? pytano dokoła. Czyż może 
zaczepił się gdzie i zawisnął tak między ziemią, a niebem 
w ciemnościach? Nareszcie ukazał się skrępowany, zdrę- 
twiały ze strachu, z oczyma wychodzącemi z orbit. Był to 
kasztan trzechletni zaledwie, ochrzczony imieniem Trompette. 
- Baczność! - krzyknął ojciec Mouque, który miał pole-
		

/img024_0001.djvu

			16 


cone objąć go w swą opiekę. - Przysuńcie go tu", Nie 
rozwiązujcie jeszcze. 
Niebawem biedny Trompette leżał jak martwa masa na 
kamiennej podłodze. Nie ruszał się. Ta wielka czarna dziura 
w górze, ta nieskończenie długa droga przez ciemność, 
wreszcie wielka, jasna hałaśliwa hala, wszystko wydało mu 
się strasznym snem. 
Poczęto go rozwiązywać, gdy Bataille, którego właśnie 
odprzągnięto, podszedł i wyciągnął szyję, by obwąchać to- 
warzysza, spuszczonego tu z powierzchni ziemi. Robotnicy 
rozstąpili się ze śmiechem. Cóż to pachniało tak od Trom- 
pette? Bataille głuchy na drwiny parskał i obwąchiwał go 
dalej. Tak, bez wątpienia pachniało świeże, zdrowe powie- 
trze, kwiaty oblane promieniami słońca. Jakże dawno nie 
wąchał ich Bataille! Stary siwek podniósł głowę i zarżał 
radośnie, ale w głosie jego czuć było zarazem utajone 
łkanie. Pozdrawiał towarzysza doli, cieszył się wspomnieniem 
czegoś dawno zapomnianego, co wdarło się tutaj w głębie 
ziemi wraz z przybyszem, jednocześnie opłakiwał go, wie- 
dząc, że już nie ujrzy słońca ",nigdy. 
- Ach, ta bestya Bataille! - wołali robotnicy - słu- 
chajcieno, jak to on rozmawia z kolegą! - i śmieli się 
rozweseleni komicznem zachowaniem się ulubieńca. Trom- 
pette nie ruszał się jeszcze, choć był zupełnie wolny. Czuł 
widać dotąd sznury, krępujące go ze wszystkich stron i bał 
się jeszcze. Brutalny cios bicza postawił go na nogi. Stał 
teraz i drżał na całem ciele. Ale ojciec Mouque nie bawiąc 
się dłużej zabrał oba konie, zawierające ze sobą znajomość 
i zaprowadził je do stajni. 


Zdechł tam na dole koń i trzeba go wydobyć na wierzch. 
W kwadrans potem otwarto bramę i ukazali się ludzie 
ciągnący zwierzę. Porzucono je przed bramą w kałuży błota, 
nie rozwiązawszy nawet liny, którą biedaka skrępowano dla 
wydobycia na wierzch. Uczyniło to na patrzących wrażenie 
tak wielkie, że nie przeszkodzono ludziom cofnąć się i za-
		

/img025_0001.djvu

			17 


barykadować za sobą bramy. Poznano konia, tu i ówdzie 
rozległo się łkanie kobiece. 

 To Trompette... prawda? Trompette! 
Tak, to był Trompette. Od pierwszego dnia nie mógł 
znieść pobytu w głębi ziemi; smutny był, nie miał ochoty 
do pracy, dręczyło go wspomnienie słońca. Daremnie obwą- 
chiwał go stary Bataille, daremnie lizał go i skubał za kark. 
Nie mógł mu wpoić rezygnacyi. I ile razy się oba konie 
spotykały, zdawało się, iż jeden skarży się, iż tak już długo 
jest tutaj, że nie może przypomnieć sobie słońca -drugi zaś, 
że o niem zapomnieć nie może. W stajni stały obok siebie 
ze zwieszonemi głowami, śniąc cuda czasów minionych i opo- 
wiadając sobie wzajemnie sny. 
Gdy Trompette oblany potem dogorywał na słomie, 
Bataille parskał i rżał, jakby płakał, iż traci ostatnią na- 
dzieję, ostatnią radość życia, urwał się wreszcie, gdy Trom- 
pette skonał i zarżał donośnie ze strachu. 
Od tygodnia Mouque zwracał nadzorcy uwagę, że koń 
chory, ale nie było teraz czasu zajmować się takimi drobiaz- 
gami. Nie lubiono wyciągać na wierzch koni, a1e musiano 
usunąć trupa. Dnia poprzedniego włożono Trompette na wó- 
zek i zaprzężono Bataille, by go zawiózł do szachtu. Powoli 
przeciskał się stary koń przez ciasny chodnik, a skóra zde- 
chłego Trompette ścierała się o belkowanie ścian. Gdy dotarli 
do szachtu, odprzężony Bataille smutnym wzrokiem patrzył 
na przygotowania, widział jak przymocowano ciało zmarłego 
towarzysza pod klatką windy i gdy dano sygnał odjazdu, wycią- 
gnął szyję i osłupiały śledził ruch klatki. Gdy wreszcie wszystko 
znikło w czarnym otworze, nie ruszył się, kolana mu jeno 
drżały. Stał i rozmyślał zapewne nad tern, że i jego kiedyś, w ten 
sposób wydobędą na powierzchnię ziemi. Po chwili zatoczył 
się i chwiejnym powolnym krokiem zawrócił się do stajni. 
Przed kopalnią robotnicy ponuro patrzyli na zwłoki 
Trompette. Jakaś kObieta rzekła: 
- Człowiek ma przynajmniej wolną wolę zjeżdżać lub 
nie zjeżdżać w dół. 


I:. 
l"
 


Ił,.- - lUdzi" J. 


.1.;\....../
		

/img026_0001.djvu

			18 


Woda sięgała im piersi, więc posuwali się bardzo po- 
woli. Dopóki było światło, można było jeszcze wytrzymać, 
zgasili więc jedną lampę, by zaoszczędzić oliwy. Dotarli na- 
reszcie do pionowego komina, gdy uszu ich doszedł hałas. 
Obejrzeli się. Czyżby to byli górnicy, którym spadające bloki 
zatamowały przejście? Coś nadbiegało z tyłu w pianie wod- 
nej. Wydali okrzyk. widząc pędzącą zbyt ciasnym chodnikiem 
białą masę. 
Był to Bataille. Rzucił się do ucieczki i galopował cho- 
dnikami. Znał dobrze drogi tego podziemnego miasta, 
w którem mieszkał od lat jedenastu. Biegł, biegł. pochylając 
się i wązko stawiając nogi w tych przesmykach, które wy- 
pełniał niemal swem ciałem. Biegł ciągle dalej, nie wahając 
się na rozstajach. Dokąd biegł? Może tam. gdzie się urodził, 
do młyna nad brzegami Skarpy, ku temu czemuś, co wy- 
soko na niebie świeciło? Chciał żyć, pamięć mu wróciła 
w tym wysiłku ku życiu i zapragnął odetchnąć świeżem 
powietrzem równi. Biegł, by znależć jakąś dziurę, jakiś 
otwór, którym by wydostać się mógł na słońce. Opanowało 
go oburzenie na ciemność i tę kopalnię, która więziła go, 
a teraz groziła nawet śmiercią. Woda pędziła, biła go po 
nogach i krzyżu. Ale im dalej się zapędzał, tern węższe były 
chodniki, tern więcej zsuwały się ściany. aż wreszcie po- 
czął się ocierać bokami o drewniane szalowanie. Nie zwa- 
żając na to, pędził zostawiając na ścianach płaty skóry. 
Stefan i Katarzyna ujrzeli, jak niedaleko już od nich, 
zaklinował się w skały. Padł, złamał obie przednie nogi, 
ostatnim wysiłkiem powlókł się jeszcze parę metrów. ale 
nie mógł się zmieścić i został tak wciśnięty, konający. 
Wyciągnął okrwawioną szyję i przerażonemi oczyma szukał 
jeszcze wyjścia. Woda przewaliła mu się przez głowę. 
Wydał okrzyk, ten sam okrzyk, z jakim poginęły inne 
konie w stajni. Był to straszliwy, protestujący przeciw śmierci 
wrzask zwierzęcia, ginącego pod ziemią, zdala od słońca. 
Wrzeszczał ciągle. Nie było to rżenie, ale przerywany dła-
		

/img027_0001.djvu

			t9 


wieniem się wodą, jęk. który przeszedł niebawem w odgłos, 
jaki wydaje beczka napełniana. Potem nastała cisza. 
E. Zola l). 


Oszukiwany. 


Szli ciemnym, nieskończenie długim korytarzem kopalni. 
Było w nim zimno i wilgotno. Śmiertelnej ciemni nie rozświe. 
tlały nawet ogniki górnicze. Czasami tylko dawał się słyszeć 
odległy turkot i skrzyp wózka. I z mroku wynurzał się koń- 
górnik, odwracał swe smutne, stęsknione. beznadziejne oczy, 
jakby mu był wstrętny widok czfowieka, j ginął w wiecznym 
grobie. 
W pewnej chwili Judym usłyszał przed sobą w ciem- 
nościach rozmowę, a raczej monolog. Ktoś mówił dobitnym 
głosem: "Fuks, mówię, nie zwalone!" Chwilę trwało milcze- 
nie i znowu odzywał się ten sam głos z podwójną natar- 
czywością: 
"Nie zwalone, Fuks! Kiej nie zwalone, to nie zwalone!"... 
Korzecki objaśnił Judyma szeptem, co to znaczy. 
- Czasami koło jednego z wózków, zczepionych z sobą, 
wyskoczy z szyn. Wówczas koń, imieniem Fuks, staje, gdyż 
nie ma siły uciągnąć, a zresztą i następne wózki zaraz się 
wykolejają. Poganiacz musi podnieść i ustawić wózek 
w szyny. Gdy to uczyni. woła na konia, że już robotę tę 
wykonał- Ale nieraz przyczepi mu o jeden wózek za wiele 
i WÓwczas koń staje, sądząc, że to skutek wykolejenia. Po- 
ganiacz zapewnia go krzykiem, że "nie zwalone", ale koń 
pociągnąwszy zlekka, nie rusza się z miejsca, gdyż czuje 
ciężar większy. niż należy. Wówczas furman musi go prze- 
konać: idzie wzdłuż wózków, aż na sam ich koniec i stam- 
tąd dopiero jeszcze raz uroczyście krzyczy swoje: "Fuks 
nie zwalone". - Natenczas biedny koń godzi się z myślą. 
że go wyzyskują, zbiera siły i wlecze dalej w ciemności swą 


li Zola_ .,ti-erminal" - Uom. 
'iirandola. 


"
		

/img028_0001.djvu

			20 


dolę. Może nawet przychodzi do świadomości co to jest, 
może nawet po cichu wzdycha, albo ściska zębce, ale przy- 
stać musi na taki układ. bo gdyby marzył, albo usiłował 
protestować, za pomocą, dajmy na to stania, toby mu po- 
ganiacz batem grzbiet wyłoił i na tern skończyłoby się po- 
lepszenie stosunków. 
- No, ale wy powinniście tego zabronić... rzekł Judym. 
Inżynier podniósł wyżej swą lampkę i rzekł z lekkim 
uśmiechem. 
- A ja zabraniam, surowo zabraniam... 
Żeromski l). 


Psia dola. 


Za Wolskiemi rogatkami, pod płotem jakiegoś ogrodu, 
położonego w kierunku południowej strony świata, leżała 
wyżlica Norma, otulając ciałem swojem czworo szczeniąt, 
ślepych jeszcze prawie. 
Małe pieski co chwila chwytały pierś matki, ale z piersi 
tej nie zdołały wydobyć ani kropli mleka; ruszały się więc 
niespokojnie, wydając z siebie oznaki niecierpliwości i skom- 
lenia. A Norma nieustannie nadstawiała dzieciom swoją 
pierś próżną, w której one nadaremnie szukały posiłku. 
Powyłaziły przeto dzieci z pod matki - jedno za drugiem, 
niezdarnie się toczyły na swych nożynach: podeszły do 
rodzicielki z przodu, garnęły jej się do ust, uszu, do oczu, 
zdawały się zapytywać: 
- Matko, co to wszystko znaczy? Dałaś nam oto życie, 
a nie możesz nas utrzymać?... Z głodu mrzemy! 
Pies matka smutnie popatrzała na potomstwo, mrużyła 
oczyma i poczęła dziatwę kolejno, a troskliwie lizać języ- 
łdem. Może ona pragnęła głód swoich dzieci pieszczotą 
uśmierzyć. Powstała z miejsca, wyprostowała się i stojąc 
poddawała szczeniętom pierś swą do ssania. Rzuciły się do 


J) Żeromski. "Ludzie bezdomni".
		

/img029_0001.djvu

			21 


niej wszystkie, czepiały jej się jak pijawki, zawisły, szarpały 
ją, rozpierały się ssąc i ciągnąc swą karmicielkę. 
Norma była zwierzęciem wychudłem, zbiedzonem, sierść 
z niej miejscami oblazła, trzęsła się, na nogach zaledwie 
ustać mogła, a na uszach jej i na szyi widniały wszędzie 
niezabliżnione rany. które w okółek obsiadały muchy. Dzieci 
ssąc matkę w stojącej postawie i teraz nie znalazły w jej 
piersiach mleka; poczęły ją więc kaleczyć, do krwi jej się 
dobierać; ale ona i krwi niewiele miała w sobie. Szczenięta 
znużone licznymi a bezpłodnymi wysiłkami, legły wreszcie 
na ziemi, ułożyły się jedno na drugiem i tak zwinięte, jakby 
w jeden kłębek zasnęły. Przez czas jakiś stała nad niemi 
matka, liżąc je i troskliwie obwąchując, niby kołysząc swoje 
drobne psięta. A kiedy sen już na dobre ogarnął potomstwo, 
ona sama puściła się w świat na żebraninę. Poszła między 
ludzi... 
Gdzież pies iść może? 
Wpadła do najbliższego domu w mieście; tu ją rozko- 
szna jakaś woń zaleciała; przeto stanęła przed drzwiami 
kuchni i stała biedna z pokorą żebraczki. Stała długo, aż 
jej się sprzykrzyło: lekko skrobnęła nogą w ludzkie pod- 
woje. Drzwi się otwarły, wyjrzała stara jakaś kobieta z za- 
kasanemi rękami, zapłoniona od kuchennego żaru, wido- 
cznie kucharka. Spostrzegła psa i szpetnie zaklęła: 
- No, nie bestya to jedna!... Puka do drzwi jak czło- 
wieku. A nie pójdziesz ty mi stąd psia duszo! 
I z temi słowy poczęła kucharka szukać na podpie- 
ckach pogrzebacza, aby skarcić zwierzę, które się ośmieliło 
do drzwi jej przychodzić. Norma stała spokojna, osłabiona, 
chwiejna. zdawała się spojrzeniem błagać o jałmużnę. Ku- 
charka odszukała narzędzie kary, wypadła z niem na psa, 
i uderzyła go po dwakroć. Pies nie uchodził, nie wydał 
skowytu, jak gdyby ciosy owe nie były dla niego najcięż- 
szymi w życiuu. Kucharka zamierzyła się raz jeszcze po- 
grzebaczem, lecz już nie uderzyła, tylko z przekleństwem 
okropnem zatrzasnęła drzwi od kuchni.
		

/img030_0001.djvu

			22 


Niepewnym krokiem oddaliła się psia matka od nie- 
gościnnych progów i poszła dalej, wstąpiła do innego znowu 
domostwa. Tutaj na dziedzińcu spotkał ją stróż domu uzbro- 
jony w miotłę, osadzoną na bardzo długim kiju. 

 Jeszcze i ty, psia wiaro, będziesz mi tu zawadzała 
i brużdziłaL. zawołał stróż. wymiatając siłą psa za bramę. 
Norma wpadła teraz pomieszana do jakiegoś zajazdu. któ- 
rego brama naoścież była otwarta, ponieważ właśnie wje- 
żdżała tam bryczka z gościem. Służący hotelowi już jej nie 
wyganiali; mniemano, że pies przyszedł za bryczką, że na- 
leży do przybyłego gościa. A gość wysiadł z bryczki i szedł 
pod numer, który mu wskazano. 
Norma poszła za nim i w ciemnym korytarzu legła 
pod drzwiami, w których gość ów zniknął- Czuła brak sił 
w sobie; nie mogła już ani stać, ani chodzić. Po niejakim 
czasie skrobnęła we drzwi łapą, wydając przy tern z siebie 
jękliwy głos niepokoju. Gość drzwi otworzył, miał twarz 
jakąś rumianą, wąsatą, sympatyczną. Kiedy spojrzał na psa, 
pies przyjacielsko, choć słabo merdnął ogonem. 
- Na tu piesku L. zawołał człowiek i wpuścił psa pod 
swój numer. wewnątrz. Norma zaledwie mogła przez próg 
się przewlec; weszła do izby, a sympatyczny człowiek rzucił 
jej jakieś resztki chleba i kiełbasy, któremi się właśnie raczył 
po odbytej podróży. Z chciwością i wielką żarłocznością 
rzuciła się psia matka na specyały; ale szczęki i zęby snadż 
jej już wypowiadały posłuszeństwo, bo jeść nie mogła, 
a pochwycony w usta pokarm wypadał jej z ust na ziemię. 
Popatrzyła na żywność, spojrzała gościowi w oczy z jakąś 
żałością, zachwiała się całem ciałem i upadła na ziemię. 
Nadchodziła dla Normy ostatnia chwila życia... Przy- 
pomniały jej się teraz oto drobne dzieci, które zostawiła 
pod płotem, bez żadnej opieki, głodne. I ścisnęło się okru- 
tnie serce matki; wydała jęk cichy naprzód, jak gdyby smutne 
westchnienie; potem podniosła nieco głowę i głosem jakimś 
rozbitym. urywanym zawyła tak przerażliwie smutno, że głos 
ten przestraszył gościa.
		

/img031_0001.djvu

			23 


Zadzwonił przeto ów człowiek, a kiedy przyzwał nume- 
rowego, rzekł: 
- Zabierzcież mi stąd to zwierzę! Co to za nieporzą- 
dek w hotelu! Psy się wałęsają i niepokoją gości. 
Na te słowa numerowy kopnął potężnie Normę; ale 
ona się nie podniosła, nie jęknęła. Służący przyniósł szczo- 
tkę do zamiatania i począł nią bić psa, wypędzając z izby. 
Uderzył kilkakrotnie, ale pies zdawał się być nieczułym na 
odbierane ciosy. Pochwycił więc numerowy Normę za ogon 
i wywlókł ją na korytarz; potem przyzwał stróża i polecił 
mu psa przybłędę znowu wywlec na śmietnik. 
Teraz spokojnie na tyłach stajen. na kupie śmieci leżała 
bezwładna Norma; oczy mgła jej powlokła, z ust toczyła 
się piana, a ona kończyła życie, mając przed oczyma obraz 
dzieci wstawionych bez opieki pod płotem ogrodu. Ze stajen 
dolatywały głosy ludzkie, słychać było, jak konie żują owies, 
chrzęszczą łańcuszkami uzd; zza parkanu rozlegało się po- 
szczekiwanie psów, swawolących po trawnikach. Z wnętrza 
śmietnika powyłaziły szare szczury, ostrożnie zbliżały się do 
konającej Normy, szybko poruszając wąsami i topiąc w niej 
swe małe przenikliwe oczka. 
Spojrzała ostami raz w jasne słońce, drgnęła i szczury 
zniknęły w kryjówkach. Po chwili ukazała się na śmietniku 
wielka liczba szczurów; wszystkie szły śmiało do Normy, 
która już nie żyła. 


lJygasi liski. 


Z ludzkiej etyki. 


Ludzie zapominają, że stawszy się panami zwierząt, 
winni być ich opiekunami i karmicielami; niestety bardzo 
często człowiek zupełnie nie zna tego obowiązku' Zarówno 
po polach siół naszych. jak i po ulicach miast, nietrudno 
jest spotkać każdodziennie psa bez pana. Biedne stworzenie' 
Uniedołężniła je ludzka edukacya, pozbawiła je zdolności do 
samodzielnego bytu. Jakże ono wyżyje wśród twardych serc
		

/img032_0001.djvu

			24 


ludzkich? Znaleziono na to sposób: psa bez pana należy 
uprzątnąć. Lecz sposób ów nie przynosi zaszczytu ludzkim 
uczuciom! 
Pies bez pana staje się ofiarą tak zwanego czyściciela 
czyli oprawcy. Oprawca zwierząt jest to człowiek. którym 
całe towarzystwo ludzkie pogardza. Jest On przez Judz; tak 
opuszczony, jak psy, z którymi na ulicy miasta ma do czynie- 
nia: nazwa jego jest przekleństwem i obelgą zarazem. W tej 
ostatecznej pogardzie, w rozbracie z ludżmi. w hańbie otrzy- 
manej jako nagroda za pracę swą, w prześladowaniu, żyje 
oprawca zwierząt, - a niechaj się nikt nie dziwi, że na takim 
gruncie szlachetne jego uczucia zakwitnąć nie mogą. Nie może 
się on wznieść do współczucia z nieszczęśliwem zwierzęciem; 
jest więc barbarzyńcą, który wcale o to nie dba, ile cierpień 
temu zwierzęciu zadaje. Strasznym zaprawdę jest stryczek 
i wóz oprawcy! Etyka i estetyka czują się być tak stra- 
sznie upokorzone wobec tych machin. że w osłupieniu swo- 
jem nawet krzyku oburzenia wydać nie zdołają. Jakiś dziki 
cztowiek chwyta zwierzę, dławi je wstrętnie, jak gdyby na 
psach chciał wywrzeć swą zemstę za ID, że ludzkość nim 
pogardza. O ludzie, szanujcie samych siebie! 
Usuwanie z ulicy psów, nie doznających ludzkiej opieki, 
domaga się ulepszenia; bo jedna niemoralność nie może 
być przez inną, większą jeszcze. pokrytą. Oprawca nie sta- 
nowi instytucyi, zdejmującej z człowieka odpowiedzialność 
za opuszczenie zwierzęcia. Dobroczyńcą ludzi, nie zwierząt, 
będzie ten, kto stryczek oprawcy czemś lepszem zastąpić 
zdoła. 
Gorszym atoli, niż oprawcą możnaby nazwać każdego 
człowieka, który jest zły o tyle, iż bezmyślnie, a bez celu, 
dla przyjemności własnej. zadaje zwierzętom katusze; żle 
wychowane chłopaki, liczni ptasznicy i inni łowcy, celują 
pod tym względem. Ci znowu, którzy biorą udział w chowie 
zwierząt domowych. mszczą się na owych istotach niejedno- 
krotnie za to. że one nie postępują tak, jak ludzie. 
- Nie zapominajmy nigdy o jednej rzeczy, gdy stajemy
		

/img033_0001.djvu

			25 


w obronie zwierząt - mianowicie że chociaż człowiek nie 
może celów swego życia poświęcić dla psów. kotów itd., 
to powinien piastować swą ludzką godność i w obcowaniu 
ze zwierzętami. 
Dla uprawy uczuć dobrych i szczerze człowieczych 
chów zwierząt nastręcza szerokie pole. na którem bardzo 
dużo ulepszeń zaprowadzić można. a brak ich niezmiernie 
uwłacza gatunkowi ludzkiemu. DygaRiIiski l). 


Polowanie na foki. 


Człowiek potrzebuje futer, piór, rogów, kości słoniowej 
i uważa, że ma prawo dla zadowolenia swoich zachcianek 
odbierać życie innym istotom. Kiedy zabija zwierzęta czło- 
wiek dziki, potrzebujący ubrania i nie umiejący tkać mate- 
ryałów wełnianych. robi on to z konieczności. Lecz czem 
może wytłómaczyć swą nielitościwość człowiek cywilizo. 
wany, dla którego dostępne są sposoby wyrabiania ciepłych 
tkanin, nie ustępujących futrom? Zabijając i dręcząc żywe 
istoty dla zdobycia ich futer lub piór, może powołać się 
tylko na swoje zachcenia, na modę, na upodobanie do 
zbytków. 
Weżmy dla przykładu polowanie na foki. Na nieszczę- 
ście tych zwierząt i ludzkości wynaleziono sposób zmieniania 
ich szarej skóry na ciemne, piękne. lśniące futro. Odtąd futro 
foki weszło W' modę i podskoczyło w cenie. 
Dla zdobywania go urządzane są wyprawy myśliwskie. 
Przemysł ten odznacza się takimi ohydnymi sposobami, 
jakie sobie trudno wyobrazić. 
Foki najłatwiej upolować wówczas, gdy mają młode, 
niezdolne do ucieczki za matką. Foki stale znajdują się na 
otwartern morzu. Lecz samica, mająca powić młode, szuka 
schronienia na brzegu, tam karmi je i odchowuje, pÓki małe 
nie będą mogły radzić sobie same. \V tym czasie można 


') A_ lJygasiilski. "Nędzarzf' życia".
		

/img034_0001.djvu

			26 


spotkać całe stada fok na wybrzeżach mórz północnych. 
Stada są bardzo liczne i przypominają stada jeleni. Główny 
korpus składa się z samic, przy każdej z nich znajdują się 
jedno albo dwa niezaradne młode. Samce trzymają się do- 
koła stada... Jak tylko łowcy wyśledzą miejsce, gdzie znaj- 
dują się foki, przygotowują łodzie i cała załoga okrętu, 
uzbrojona w dębowe pałki i topory, udaje się "na robotę", 
która zgrozą przejęłaby wszystkich z nią nieobytych. 
Jedynym sposobem natychmiastowego zabicia foki. jest 
silny cios, zadany jej pałką lub toporem w głowę tak, aby 
kości nosowe były zmiażdżone. Ekspedycya wysiada na ląd 
i zaczyna się najnielitościwsza rzeż; często całe stado bywa 
wybijane co do nogi, i ani jedno zwierzę nie zdąży dostać 
się do wody. Z osobników dorosłych zdzierają skórę zaraz, 
często zanim skonają (przypuszczają, że futro zdarte z ży- 
wego zwierzęcia lepiej zachowa swój wygląd). Młode. wrze- 
szczące obok swych matek, jeżeli są na tyle duże, że skóra 
ich ma wartość - zabijają jednem uderzeniem; zbyt małe 
zostawiają na pastwę losu, nie zabiwszy ich z litości, skazują 
je przecież na śmierć z głodu i chłodu. Starzy ludzie, dawno 
zajmujący się polowaniem na foki, opowiadają, (a im wierzyć 
można). że do takiej krwawej rzezi trzeba p r z y z W y C z a- 
j e n i a, i że ludzki niemal płacz młodych, pełzających po 
obdartych trupach matek, nie daje spać w nocy, póki czło- 
wiek się doń nie przyzwyczai! 


Polowanie. 


Na zapytanie, dlaczego polowanie ma taki urok? ogół 
myśliwych odpowiada: przyjemność polowań polega nie na 
zabijaniu zwierzyny, lecz na warunkach, w jakich polowanie 
się odbywa. Gdyby tak było naprawdę, to samo przebywanie 
wśród natury powinnoby zadowolnić myśliwego. Tymczasem 
ani przechadzki piesze, ani przejażdżka końmi lub łódką. ani 
zajęcia ogrodowe lub polne nie mogą zastąpić polowania,
		

/img035_0001.djvu

			27 


nie sprawiają tej specyalnej przyjemnoscI, jakiej dostarczają 
łowy. I na czem polega ta przyjemność, jakich dostarcza 
nam wrażeń? Cokolwiek powiedzą nam myśliwi, to jednak 
przyjemność polowania stanowi ściganie i zabijanie zwie- 
rzyny - to jest .celem polowania, jego treścią i urokiem. 
Niektórzy twierdzą, że przyczyną zamiłowania do łowów 
jest prawo natury, właściwe wszystkim istotom żywym: 
walka o byt. Takie objaśnienie byłoby usprawiedliwione. 
gdyby ludzie polowali dla zaspokojenia głodu. Wiemy jednak, 
że ten motyw nie gra żadnej roli u myśliwych bogatych. 
a barózo małą u ludzi średniej zamożności. 
W naturze walka o byt wre rzeczywiście bez przerwy; 
jednak nawet u zwierząt walka ta nie ogranicza się na du- 
szeniu słabych przez silnych. ale wiele jej wysiłków 'zwraca 
się do walki przeciw siłom natury. Z rozwojem ludzkości 
formy walki o byt zmieniają się stale. W pierwszej epoce 
życia ludzkiego polowanie zapewne było przejawem tej walki. 
ale z rozwojem warunków życia walka brutalna przeciw 
zwierzętom u nas stała się zbyteczną. Polowanie jest raczej 
wspomnieniem, powrotem do stanu dzikości, z tą wszakże 
różnicą, że gdy dla człowieka pierwotnego polowanie było 
naturalnem zajęciem. wynikającem z konieczności życiowej, 
u człowieka cywilizowanego jest jedynie rozrywką, rozbu- 
dzającą instynkta zwierzęce. 
Uprzytomnijmy sobie na chwilę postępowanie myśli- 
wego. a przeko!1amy się łatwo, że puszczając wodze dzikim 
instynktom. myśliwy spełnia cały szereg aktów. za które 
w innych warunkach rumieniłby się ze wstydu. Cały szereg 
postępków. które słusznie uznajemy za niegodne uczciwego 
człowieka: podejście, chytrość. podstęp, wybiegi, napaść 
gromady na jednego. silnego na słabych. zbrojnego na bez- 
bronnych, porywanie dzieci rodzicom, rodziców dzieciom- 
wszystko to są czyny, które uważamy za niskie i niegodne 
bez względu na charakter ofiary. 
Tymczasem przez dziwną logikę na polowaniu wszyst- 
kich tych czynów niskich, okrutnych i zbrodniczych, do-
		

/img036_0001.djvu

			28 


puszczają się ze spokojnem sumieniem względem istot nie- 
winnych i bezbronnych ludzie, którzy nie podaliby ręki temu, 
ktoby taką metodę postępowania chciał stosować w innych 
wypadkach. Rozpruć wnętrzności zwierzęcia, rozbić jego 
głowę o drzewo. rozszarpać ciało w kawałki i t. p. czyny 
są bardw pospolite na polowaniu. Powszechnie litujemy się 
nad cierpieniem zwierząt. Dlaczegoż na polowaniu ludzie 
tracą litość względem zwierząt, nie wstydzą się podejścia 
chytrego, podstępnego pościgu, zdradliwych zasadzek, okru- 
cieństw? Myśliwy, który na polowaniu ze spokojnem sumie- 
niem dopuszcza się takich czynów, oburza się na ulicznika, 
który w ten sam sposób postępuje względem zwierzęcia, 
nie stanowiącego zwierzyny. Gdyby na chwilę chciał pomy- 
śleć nad tern zestawieniem faktów. 
Rozumiem doskonale, że cokolwiek bym powiedział 
o okrucieństwach polowania, to zwolennicy tej rozrywki 
wyśmieją, odpowiedzą na to żartem. To też zwracam się 
przedewszystkiem do ludzi młodych, których sumienie jest 
jeszcze bardzo wrażliwe, dusza do zmian podatna, do mło- 
dzieży o tyle śmiałej, że odważy się krytycznie spojrzeć na 
przyjęte opinie moralne, gotowa będzie je zmienić, choćby 
10 wymagało od niej obowiązku wyrzeczenia się ulubionej 
rozrywki. L. 7'nł..foj. 


Woły. 
Dwa byczki, mocujące się rogami na paśniku, przerwały 
zabawę, spostrzegłszy przejeżdżającą bryczkę, fuknęły no- 
zdrzami, zwróciły uszy ku przodowi i przyglądały się nam 
buńczucznie, jak dwaj młodzi Szwajcarzy podróżnikom. 
Z lasku wyszedł chłopiec wiejski. który mijając je krzy- 
knął i śmignął prętem. Byczki odskoczyły nieco, ale znowu 
stanęły odważnie. 
- A nie pójdziesz ty od nich, kanalio! - zawołał na 
chłopca orzący opodal parobek. Przeszkadzają mu! 
- Poczciwy człowiek, - rzekłem do siebie, - strzeże 
wołki jak dzieci, nie pozwala ich nawet płoszyć.
		

/img037_0001.djvu

			29 


Bryczka nasza wybrnąwszy z piasku, potoczyła się ra- 
żniej wzdłuż niw zżętych, zalanych złocistymi odblaskami 
sierpniowego słońca. Spotykaliśmy ludzi pracujących w polu, 
bydło wyskubujące trawę ze rżyska, psy myszkujące po ja- 
rzynach, niemowlęta zawieszone w płachtach. 
Przy drodze stał wóz drabiniasty naładowany zbożem. 
Wieśniak zanim ruszył, wyrwał z dużego, prawdopodobnie 
dworskiego łanu, wiązkę grochu, i karmił nią woły, które 
jadły z powagą Niemców, posilających się przed ciężką 
robotą. 
Troskliwy gospodarz kradnie, a żywi swoich pomo- 
cników! 
pył znowu otoczył nas obłokiem, koła zagrzęzły 
w piasku, dłul!ą smugą zalegającym stok znacznej wyżyny. 
Przed nami para rosłych byczków i dobrze utrzymanych 
wołów, ciągnęła na wozie sosnę. Dwaj chłopi podparłszy 
ramionami kłonice, pomagali wyprężonym zwierzętom, za- 
chęcając je do wysiłków. 
- Ho. ho, dalej małe, uuup! 
Ale małe, szarpnąwszy kilkakrotnie, stanęły. Starszy 
wieśniak zbliżył się do nich, pogłaskał po głowach i grzbie- 
tach, mówiąc: 
- Odpocznijcie sobie. Psia góra. 
Wożnica mój, chcąc rozszerzyć sobie przejazd, zawołał: 
- Na prawo! 
- A to włóż iarzmo i ciągnij na prawo - ofuknął 
go młodszy. 
- Patrzcie go, jaki chwat z morskiej piany. 
Miał słuszność, broniąc zmęczonych bydląt, ale mój 
furman odparł: 
- Muszą być "frajcuzy" - delikatne. 
Odpłacono mu za tę uwagę radą. której powtórzyć nie 
mogę. 
Wydostaliśmy się wreszcie na szosę. Wlokły się po obu 
jej stronach ciężkie bryki i wozy w kierunku miasta. Pod 
stacyą kolei uwięźliśmy między nimi, a zwłaszcza jedna fura
		

/img038_0001.djvu

			30 


tarcic, ciągniona przez woły zagrodziła nam drogę. Śród 
wzajemnych wymysłów utorowano wreszcie przesmyk, którym 
mieliśmy przemknąć. Podrażniony wszakże mój Łukasz za- 
ciął batem w przejeździe najmniej winne woły. Właściciel 
ich ryknął, skoczył ku nam, za nim pospieszyli jego towa- 
rzysze, a ponieważ przed zamkniętą rogatką kolejową mu- 
sieliśmy stanąć, rozpoczęła się bijatyka. z której Łukasz 
wyszedł mocno poturbowany. Walce tej woły przypatrywały 
się z angielskim spokojem. 
Skutkiem zajęcia linii głównej, pociąg nasz zatrzymano 
daleko od dworca. Na sąsiednich szynach z kilku wagonów 
wyładowywano wielkie ukraińskie woły, które miały zginąć 
w żołądku stolicy. 
Złym jest człowiek - według pewnej amorki angielskiej 
- którego nie wzrusza widok zżółkłych liści jesiennych; 
gorszym jest według mnie ten, którego nie wzrusza widok 
płowych, opiętnowanych, na rzeź pędzonych wołów. Czy 
kiedykolwiek przypatrzyłeś się im czytelniku? Jak smutnie 
wyglądają ich duże, bolesnem przeczuciem zaćmione oczy! 
Boki zapadłe, skóra wypalonymi stemplami oznaczona, w całej 
postaci rozlana niema rozpacz. Dżwigają swe mięso na ofiarę 
człowiekowi. który nie ma dla nich litości. Ile razy prze- 
chodzę koło gromadki tych płowych skazańców, wiedzionych 
na śmierć, serce mi się ściska strasznym skurczem. Wypro- 
wadzone z wagonu obejrzały się wokoło: jedne wąchały 
ziemię, drugie szukały na niej żdżbła pożywnego, inne wsłu- 
chiwały się w gwar miejski, inne nareszcie spoglądały w górę. 
jak gdyby badając, czy to samo niebo nad nimi sklepione. 
We wszystkich odbijało się odurzenie, niemoc, rezygnacya. 
Ze stepów, ze swobody, z traw wonnych i czystego powie- 
trza, przeniesiono je w odmęt piekielny, gdzie węszą krew. 
-I to one w drodze nie jedzą?-zapyrał służący kolejowy. 
- Szlamują sobie kiszki - odparł odbiorca "towaru". 
.- Choćby im wody trochę... 
- Może sodowej... Prędzej tam, nie bałamućcie, bo 
przed czwartą muszą być w szlachtuzie.
		

/img039_0001.djvu

			31 


- Pierwsza partya już poszła. 
- Potrzebne wszystkie - zakończył odbiorca. 
Odszedłem od okna - w tej chwili pociąg się podsu- 
nął pod dworzec. 
Z nieprzyjemnem wrażeniem wsiadłem do dorożki. od- 
pędzając z myśli mary nieszczęśliwe. Czy człowiek wiecznie 
karmić się będzie cudzem życiem? Czy nie wynajdzie on 
sposobów istnienia bez morderstwa? Czy ta konieczność 
natury nigdy się nie złamie? I ja za chwilę jeść będę pieczeń 
z tych samych istot, których niedola tak mnie rozrzewniła. 
Co tu właściwie jest słusznem: moje współczucie, czy apetyt? 
Na moście zakotłowały się wrzaski: jakaś przeszkoda 
zatamowała przejazd. Jeszcze nie zdążyłem zbadać przyczyny, 
gdy dorożka wjechała ze mną w gromadę płowych wołów. 
Powiązane za rogi parami, tłoczyły się i rzucały, a wściekły 
czeladnik rzeźnicki w niebieskim fartuchu i zatłuszczonym 
kaftanie, smagał je niemiłosiernie skręconym w kilkoro 
postronkiem. Jednocześnie z każdego kozła spadały im na 
grzbiety bicze, od których skóra się pręgowała. Nareszcie 
utorowano drogę. Mój dorożkarz miał już wolną drogę, mi- 
jając wszakże woły, ciął jednego z nich tak mocno batem, 
że aż biednemu stworzeniu z oka wyciekł krwawy wężyk. 
- I za co go bijesz? - zawołałem wzburzony. 

 To na rzeż, - panie. 
Cały w tej odpowiedzi systemat. Co ma prawo do ży- 
cia - to pozostaje pod osłoną wszystkich naszych uczuć; 
co na rzeż przeznaczone. zasługuje tylko na okrucieństwo. 
Chłopiec żle zrobił, postraszywszy pasące się byczki, wo- 
źnica oberwał po karku za uderzenie wołów, ciągnących 
wóz, ale to płowe mięso wolno ćv.lczyć dla rozrywki. 
A. 6
uJiętoclwwski. 


Jaskinia krwi. 


r:zeż krów, wołów, owiec, wieprzów jest okrutną, bez- 
względną w najwyższym stopniu. Przy tern dziele przedsta-
		

/img040_0001.djvu

			32 


wia się człowiek haniebnie, jako zbir srogi, krwi chciwy 
morderca. Strasznie wygląda szlachtuz, dostarczający nam 
mięsa zwierzęcego na obiady i uczty. Jest to istny przybytek 
zbrodni, jaskinia zimnych oprawców oraz ofiar - już po- 
mordowanych lub skazanych na śmierć. Miejsce to ma wiele 
podobieństwa do owych rozbójniczych nor, o których nam 
opowiadają baśni. VI powietrzu czuć woń krwi i zapach 
mięsa; latem uderza to wstrętnie z powodu rozkładu czą- 
stek organicznych. Wokoło uwijają się rzeżnicy w odzieniu 
świecącem od tłuszczu, obluzganem krwią, z nieustannem 
przekleństwem na ustach. 
W kałuże krwi, stOjące na ziemi, wpędzają zwierzęta; 
one jakby wiedziały. co je czeka, jakby wietrzyły niechybną 
śmierć, opierają się potężnie przy wejściu, ale służba bije je 
złożonymi podwójnie i poczwórnie postronkami, dopóki siłą 
i przymusem nie wpędzi. Niektóre zwierzęta zdają się popadać 
w odrętwienie z przerażenia, inne pozostają obojętne i apaty- 
czne; ale bywają i takie, które się dzikim wzrokiem rozglą- 
dają po tym przybytku śmierci, pełnym zgrozy. Przywiązują 
je teraz powrozami za rogi krótko do haków, tak, że zwie- 
rzęta pyskami dotykają ziemi krwią zbroczonej; póżniej wiążą 
im nogi i z brutalnością iście zwierzęcą przewalają na ziemię. 
Szeregiem długim leżą skrępowane woły, a spoglądając 
ku sobie, godziny całe oczekują przybycia rzezaka. Z po- 
derzniętych gardzieli tryskają już strumienie krwi. Na jej 
widok powalone i związane sznurami woły zaczynają się mio- 
tać, wydają pomruk ponury, jakby ostatnią skargę życia. 
Któżby ten język w szlachtuzie rozumiał? Przecież tu ludzie 
są tak dziko okrutni. że pozwalają sobie przed śmiercią 
kopać i bić te bezbronne zwierzęta. 
Przypędzono wieprze. I one z trudem dają się tutaj 
wprowadzić. Młodzi rzeżnicy uzbrojeni w grube, drewniane 
pałki, rozpoczęli zapomocą tych narzędzi dzieło formalnego 
rozboju. Zwierzęta pierzchały na wszystkie strony, a ludzie 
goniąc za niemi zadają ciosy. Jeśli ofiara ucieka przed śmiercią, 
uchodzi z pod ręki kata, przeklinają ją; zaskakują jej drogę,
		

/img041_0001.djvu

			33 


zadając nowe ciosy. Zewsząd brzmią ludzkie złorzeczenia, 
a z niemi mieszają się jęki i piski mordowanych lub śmier- 
telne chrapanie konających. Uderzenia pałki niezawsze są 
tak zręcznie wymierzane, aby odrazu zabiły, bywają zdarze- 
nia, że dziesięć ich dopiero wystarcza, tymczasem ze zwie- 
rzęcia krew broczy ustami i nosem. a ono żyje i strasznie 
cierpi. Częstokroć bywa tak. że ta cynicznie rozbestwiona 
tłuszcza wśród wrzawy i śmiechów wrzuca do kotła z wrzącą 
wodą zwierzę niedobite jeszcze, tylko oszołomione uderze- 
niem maczugi, a jednak zgroza nie przejmuje tu nikogo. 
Oto nauka, że człowiek nie może bezkarnie zabijać I); nie 
ci ludzie są winni. lecz cała uspołeczniona ludzkość, która im 
takimi być każe. W szlachtuzie widzi się okropne rzeczy. 
Kto chce poznać nagą prawdę, powinien tam iść i patrzeć, 
choć go ogarnia wstręt i oburzenie. Zdobycie najmniejszego 
okrucha prawdy nie tanio przychodzi. Wspomnienie szlachtuzu 
odbiera wrażliwszym ludziom apetyt do mięsa. Pokarm mię- 
sny ma dużą wartość dla życia, lecz dużą wagę trzeba także 
przywiązywać do rozbudzenia i rozwoju uczuć moralnych. 
Nie zwierzęta, lecz humanizm domaga się gwałtownie zmian. 
Dygasiński. 


Wegetaryanizm - jarstwo. 


Ludożerstwo i ofiary w ludziach, składane na ołtarzach 
bogom, a stanowiące niegdyś zwyczaj religijny, budzą obe- 
cnie wstręt i przerażenie wszystkich cywilizowanych ludów. 
Historya rozwoju ludzkości, zarówno jak szczery, choć po- 
wolny jej postęP. pozwalają sądzić, że w najbliższej, jaśniejszej 


I) Słowo ,.r.t;€źnik", to wyraz obelżywy, synonim barbarzyństwa 
i okrucieństwa. Czy llldzip wykształceni :mają prawo skazywać całą 
klasę ludzi na takie wstrętne zajęcie? Gdyby nam wszystkim wypa- 
dło się w.yrzec usług rzeżników i zabijać zwierzęta wlasneroi rękami 
Gak pieczenie ciasta smażenie jajecznicy itp_1 to spożywanie mięsa 
nie utrzymałoby się w sferze t. zw _ wykszWconej. 


.My -Indzie I. 


8
		

/img042_0001.djvu

			34 


przyszłości ludzie z niemniejszym podziwem i przestrachem 
patrzeć będą na panujący obecnie zwyczaj życia kosztem 
zabijania i cierpień istot niższych. 
Z jednej strony współczesna nauka, wykazująca, że 
zwierzęta na równi z ludżmi odczuwają ból fizyczny, z drugiej 
- uczucia humanitarne człowieka, wywołały silny ruch 
przeciwko odżywianiu się mięsem, a zastąpieniu pokarmów 
mięsnych roślinnymi (wegetaryanizm - jarstwo). 
W obecnej dobie jednym z najpoważniejszych zwolen- 
ników wegetaryanizmu jest Leon Tołstoj, który tak mówi: 
"Czegoż chcę wam dowieść? Czy, że człowiek, chcąc 
się stać dobrym, powinien przestać jeść mięso? Nie. Chcę 
tylko wykazać, że aby żyć moralnie, trzeba s t o p n i O wo, 
ale k o n i e c z n i e zdobywać te przymiOty duszy, które dla 
życia moralnego są niezbędne. A do cnót, które najpierw 
zdobyć trzeba, należy wstrzemiężliwość, . dążenie do zwalcza- 
nia namiętności. Dążąc do wstrzemiężliwości, człowiek po- 
stępować będzie pewną określoną drogą i tu jako jedno 
z pierwszych zadań staje wstrzemiężliwość w jadle, względny 
post Jeśli człowiek szczerze i poważnie zdąża do życia 
moralnego, zrzeknie się pokarmów mięsnych i rybnych, 
których używanie nietylko, że wpływa podniecająco pod 
względem zmysłowym, ale jest samo przez się niemora1ne, 
bo wymaga czynu, sprzeciwiającego się poczuciu moralnemu: 
zabójstwa, a wywołane jest tylko przez łakomstwo i obżar- 
stwo. Wyrzeczenie się mięsnych pokarmów jest jednym 
z pierwszych kroków na drodze do życia moralnego. Idea 
ta znajdowała i znajduje gorących zwolenników wśród my- 
ślicieli wszystkich czasów, którzy uważali je za pierwszy 
warunek życia moralnego. 
"Dlaczegoż, jeśli ludzkość od tak dawna uznawała nie- 
moralność odżywiania się mięsem, dlaczegoż dotąd nie przy- 
jęto tej prawdy?", pytają ci, dla których rozwiązuje kwestyę 
opinia chwili bieżącej, nie wynik samodzielnej myśli. Odpo- 
wiedź łatwa. Dążenie do doskonalenia się moralnego, sta- 
nowiącego podstawę każdego postępu, odbywa się powoli,
		

/img043_0001.djvu

			35 


a to że ruch w tym kierunku wciąż trwa i coraz szybciej 
postępuje, świadczy o jego szczeroscl I prawdziwości. 
Ludzkość zaś stale, choć nawet nie dla celów moralnych, 
zdąża do zastąpienia pokarmóJ. mięsnych roślinnymi, ruch 
zaś celowy w tym kierunku, J.getaryanizm, rozszerza się 
stale. Z każdym rokiem zwiększa się liczba zwolenników 
tego ruchu, co rok powstają nowę pisma i wydawnictwa 
rozpowszechniające tę ideę, a w Niemczech, Szwajcaryi, 
Anglij i Ameryce z każdym rokiem powstaje większa liczba 
restauracyi i jadłodajni wegetaryańskich. 
Jeżeli wegetaryanizm sam przez się nie urzeczywistnia 
ideału królestwa bożego na ziemi, to jednak jest krokiem, 
zbliżającym nas do tego królestwa, jest wskazówką, że dą- 
żenie do udoskonalenia jest szczere i poważne. 
Ruch ten cieszy nas tak, jak cieszy nas widok czło- 
wieka, który chcąc dosięgnąć wierzchołka gmachu, próbował 
najpierw wskoczyć na mur, aż spostrzegł, że najłatwiejszym 
sposobem dosięgnięcia szczytu jest kolejne wstępowanie po 
stopniach l)". 


Czyjai ona byla? 


Mieszkaliśmy któregoś lata na wsi u chłopa. Dobry to 
był człowiek - i o kobiecie jego zachowaj Boże, abym 
miał powiedzieć CO złego. Dzieci też były dobre. Tylko co 
do Wiktorka spieraliśmy się z moją żoną - twierdziła, że 
to złe dziecko. 


Możnaby coś powiedzieć o warunkach i wpływach oto- 
czenia, urabiającego umysł i serce Wiktorka, ale źle wyro- 
kować o tern sercu - nie sądzę, aby już był powód. 


\) llepBaa: C'IynelJb JI. TOn:CTOI'O. 


'*
		

/img044_0001.djvu

			36 


Pewnego ranka siedzę przyoknie, patrzę - idzie z lasu 
Wiktorek z młodszym Józiem. Przechodząc, spojrzeli w okno 
podejrzliwie, ale mnie nie widzieli, bo zasłaniała firanka. 
I słyszę jak Wiktorek mówi: 
- Byle ta nie wbaczyła. 
Tknęło mnie coś, że "ta" - to moja żona. Ale ona 
także wyglądała z drugi
go okna i już dostrzegła to, co i ja, 
że Wiktorek ukrywa coś w swojej długiej kapocie, którą 
matka mu dawała, gdy mial iść na noc pilnować szkapy na 
pastwisku. 


Jakoż żona wybiegła natychmiast na dwór - widać 
dowiedzieć się, co oni tam mają, ale chłopcy już się gdzieś 
ukryli. Cały dzień trawił ją niepokój, chodziła markotna 
i udręcwna, zaglądała w różne kąty, nie mogła sobie znależć 
miejsca. Ale wieczorem przychodzi i powiada mi: 
'- Już wiem! 
- A co? 
- Wiem, co oni mają. Wiewiórkę - maleństwo jeszcze 
hardzo młode. 
Posiedziała przy mnie chwilę, milcząc, sfrasowana, ale 
coś ją podnosiło i znów gdzieś wybiegła. Gospodarze nasi 
wcześnie się kładli, my zaś długo zwykle wysiadywaliśmy 
na ganku. A tej nocy jeszcze księżyc świecił. wcale się 
nie chciało do izby wracać. Wielki a cichy urok miała noc. 
Głęboko już wszystko dokoła hyło uśpione, gdy żona na- 
deszła. wzięła mnie za rękę i kazała iść za sobą. Okrążyła 
domostwo i stodołę i zatrzymała się o kilka kroków od 
starego świerku. 
- Widzisz? 
Nie wiedziałem o co jej idzie i całą duszą utonąłem 
w widoku, jaki stąd się rozpościera, liche pola pławiły się 
w cudnem świetle, majaczył dalej w zarysach widmowych las, 
zarośla, białe ściany domów. białe grzbiety wzgórz pia- 
szczystych - wszystko utulone i spokojne. Płynęło nad
		

/img045_0001.djvu

			31 


światem jakieś nieporównanie słodkie, wypogodzone, dobre 
marzenie. 
Naraz żona wskazała mi na świerk. 
- Aha widzę - wysoko, niema) że u wierzchołka, wisi 
ohydna klatka. 
- Tam jest wiewiórka - szepnęła żona. 
I jakoś ostro na miejscu zawróciła i ku domowi poszła. 
Pojąłem, że bardzo ją trapi niewola zwierzątka. Przezorny 
Wiktorek chytrze się urządził - tylko zwinny jak on, malec 
mógłby stamtąd zabrać jego klatkę. 
W godzinę potem zasnąłem i widać twardo. skorom 
się nie obudził, gdy żona w nocy zapalała światło, ubierała 
się, wychodziła. ( nawet, gdy stanąwszy nademną, dotknęła 
mego ramienia, ocknąć się odrazu nie mogłem. 
- Zobacz, zobacz. 
Wpadły mi wprawdzie do uszu te słowa, ale wydawało 
mi się, że to dalszy ciąg jakiegoś snu. Znów świerk prze- 
demną, klatka wisi bardzo wysoko, poczynam wdrapywać 
się na drzewo... 
- Zobacz. mój drogi, nic podobnego jeszcze nie wi- 
działeś. 
To już była jawa. 
- Cóż to się stało? 
- Zobacz, zobacz tylko... 
Szczęściem, że to coś nadzwyczajnego znajdowało się 
hlizko. Tuż za mojem łóżkiem w kąciku. miała swe posła- 
nie suczka Mucha, która przed paru dniami się oszczeniła 
(zostawiliśmy jej tylko jedno małe). Wychylam się z łóżka- 
patrzę. Żona przyświecała lampką. Na posłaniu. obok ma- 
łego jak szczurek czarnego szczenięcia Muchy tuli się do 
niej rude stworzonko z rozłożystym ogonkiem, założonym 
na grzbiet 
- Wyobraż sohie - mówi żona - wcale się Mucha 
na nią nie gniewa, owszem - zdaje się nawet. że jej rada. 
Mucha podniosła łepek, popatrzyła na nas przyjaznem, 
prawie serdecznem, dobrem okiem - potem zamaszyście
		

/img046_0001.djvu

			38 


i ze smakiem oblizała swe szczenię - potem powąchała 
wiewiórkę i liznąwszy jej rudą głowinę, ułożyła się spokojnie, 
poruszając końcem ogona, co miało oznaczać: 
- Wszystko jest dobrze. Idżcie spać. 
Rada była uczciwa. Spać mi się chciało na potęgę. 
Zrana stało się wiadomem, że klatka na chojaku jest 
próżna, a wiewiórka znajduje się u nas. Żona nie robiła 
z tego tajemnicy, tylko nie zwierzała się nikomu, w jaki 
sposób udało jej się zwolnić rude zwierzątko. Madziakom 
dziwnem się wydawało, by suczka miała przygarnąć wiewiórkę. 
Przyszli, popatrzyli - wiewiórce, co prawda, przykrzyło się 
siedzieć w jednem miejscu - coraz to wyścibi łepek, wy- 
sunie się trochę, ale coprędzej zawraca, i z powrotem wtula 
się w czarne kudły Muchy. Napatrzyli się, nakiwali głowami, 
trochę naśmieli - i poszli Madziakowie do swych spraw 
pilniejszych i ważniejszych. Ale ktoś jeden był zmartwiony. 
Uważam - Wiktorek przeszedł koło okna raz, drugi raz- 
spogląda, a z oczów mu patrzy nie niechęć, ani zawziętość. 
tylko dziecinne, blizkie płaczu rozzalenie. 
Przykro mi się zrobiło. Wychodzę. Pytam: 
- Czegóżeś taki zmartwiony, Wiktorku? 
Dużo widać żalu zebrało mu się na sercu, bo wybuchnął 
jakimś zmienionym głosem, w którym już łzy grały. 
- A bo pani zabrała wiewiórkę, jak swoją! 
Pytam: 
- Czyjaż ona była? 

 A moja. 
Powiedział to już pewnym głosem i nawet twardo jakoś. 
- Dlaczegożby ona miała być twoją? 
- A bo ja lazłem za nią na drzewo - powiada - 
złapałem ją, a ona ugryzła mnie w palec. 
Byłem bardzo żdziwiony, nie tern, że ona ugryzła go 
w palec, lecz że te trzy okoliczności - lazł na drzewo, 
złapał ją, ugryzła go - stanowią dlań i widocznie w dObrej 
wierze - dowód niezbity, że wiewiórka jest "jego". 
- Ugryzła cię, powiadasz?
		

/img048_0001.djvu

			39 


- Tak. 
Pokazał palec. Prawda. Jest znak hardzo charaktery- 
styczny. 
- Teraz pan wierzy, że wiewiórka moja? 
Wiktorek spojrzał na mnie tryumfująco, a ja opuściłem 
oczy nie tyle przed nim, co przed dziwną zagadką, którą 
czashy już hyło, abym odgadł, lecz wciąż - nie umiem. 
Nigdy jej pojąć nie mogłem. 
- I cóŻ teraz będzie? bąknąłem, trąc czoło. 
- A - pani powinna mi co dać! 
- Ileż pani ci powinna dać? 
- W przeszłym roku letniki kupili od Janka Domradz- 
kiego wiewiórkę za dwadzieścia groszy. - Nie! - kłamię! 
- dali mu cały złoty. 
Wyjąłem złotówkę i podałem mu. Zacisnął monetę 
w pięści, wykręcił się i poleciał na drogę. Sprawa była już 
rozstrzygnięta - dla niego. Zazdrościłem mu, ho dla mnie 
zostało zupełnie ciemną zagadką. 
Nadeszła żOna. 
- No, jakżeś tam złagodził Wiktorka 
 
- Dostał złotówkę. 
- A to dobrze! - zawołała z radości - to już wie- 
wiórka moja! 
Znowu! Spojrzałem na żonę ze zdziwieniem i smutkiem. 
- Pewna jesteś, że twoja? 
- Naturalnie! Co prawda, jabym jej i tak nie oddała, 
ale skoroś zapłacił. to już naprawdę moja. 
Wiem. że już starzeję się. Tych kwestyi życiowych, któ- 
rych dotychczas nie rozwikłałem, pewnie już nie rozwikłam. 
Są rzeczy, których nie rozumiem, mimo. że starano się mi 
je wytłómaczyć - które zawsze mnie dziwiły i zapewne 
wtedy dziwić mnie nie będą, gdy już na zawsze znikną mi 
z przed oczu. 
Weszliśmy do domu - a tam znów czekało na nas coś 
szczególnego. Mucha zeszła ze swego posłania i waruje przy 
szafie, wtyka pod nią mordkę, piszczy: CóŻ u licha - prze-
		

/img049_0001.djvu

			40 


cież jej szczenię tam nie zalazło, ho wcale jeszcze nie łazi. 
Ba, ale wiewiórka już nie chciała dłużej siedzieć na miejscu. 
wymknęła się - i to ona ukryta jest pod szafą, a Mucha 
zmartwiona jej niesfornością, nie wie, jak ją stamtąd wy- 
dobyć. 
Wydohyłem wiewiórkę i chwilę potrzymałem w ręku. 
Mucha wspięła mi się do kolan. ohwąchała rudą, oblizała 
się swoim różowym języczkiem i patrzała na mnie takim 
samym roziskrzonym i niespokojnym i proszącym zarazem 
wzrokiem, jakiem patrzy, gdy wziąć w rękę jej szczenię. 
- Cóż to, Mucho, przecież to nie twoje? 
Ale ona trąca mnie mordką i zaczyna poszczekiwać 
w sposóh, który doskonale rozumiem. 
- To stworzenie jest moje, właśnie moje - chce ona 
powiedzieć 
 oddaj mi je, połóŻ na posłaniu. 
Dziwne rzeczy! Czemżehy też Mucha uzasadniła, że to 
"jej"? Powiedziałaby pewnie, że zahrano jej troje szczeniąt; 
że to jedno, co zostało, nie nasyca rozbudzonego w niej 
uczucia macierzyńskiego i że ona cząstkę tego uczucia prze- 
lała już na małe stworzonko, które całą nOC tuliło się 
do niej. I dla tego powiada - "moja". 
...A ostatni, co powiedział "moje" - był Mraus. Tak 
smutnie się skończyło... W drobnem jej ciałku, w jej szyjce, 
zagłębiwszy pazury, stary, zdziczały, okrutny kot ostatni 
powiedział o niej "moja!" 
Ja nie rozumiem - powiedzcie mi, czyjaż naprawdę 
była wiewiórka? 


F. Brodowski. 


W niewoli u czlowieka. 


Jest na świecie nędza ludzka, z którą jako ludzie współ- 
czujemy od czasu do czasu, ale jest i nędza zwierzęcia, od- 
czuwanie której nie wydaje się człowiekowi być obowiąz- 
kiem. Te dwie niedole nie są bez związku ze sobą; obie 
wytwarza człowiek, który zaprowadził i usystematyzował
		

/img050_0001.djvu

			4t 


niewolę, źródło wszelkich nieszczęść. Kto chce poznać nędzę 
człowieczą niech się uczy jej odczuwania w suterynach, na 
poddaszach, w nędznych lepiankach. w szynkach, w miej- 
scach kar. w różnych dobroczynnych i niedobroczynnych. 
nocnych i dziennych przy tutkach. Filozof nauczy się tam 
myśleć, poeta będzie mógł zapłakać z ludzkością. Ale to 
nie stanowiłoby całej jeszcze nauki. Bo olbrzym nędzy ogar- 
nia w swe ramiona i świat zwierząt, których byt człowiek 
uczynił zależnym od siebie. Jedna wielka skarga, okropny 
jęk cierpienia idzie od ognisk ludzkich ku niebu. 
Chcesz poznać cierpienia zwierząt w niewoli ludzkiej, 
to zwiedzaj ich więzienia. A jest wielka nauka moralna 
w klatce, która więzi ptaka; w budzie. w której pies na 
łańcuchu spoczywa; w zwierzyńcu. gdzie ponury ryk nie- 
dżwiedzia miesza się z rykiem lwa, wyciem wilka, piskiem 
małpy; w szlachtuzie, gdzie pod ciosami pałki straszliwe 
głosy wydają mordowane zwierzęta, a inne skrępowane. 
przerażliwym wzrokiem patrzą, jak rzeżnik współbraciom 
ich gardło podrzyna. Narzędzia i sposoby używane przez 
człowieka do dzieła zarządu istotami niższemi, są też bardzo 
pouczające. Gtód i ból od uderzeń batoga stanowią stre- 
szczenie dziejów niewoli; siła i bezbronność jest to posiew 
przyczyn cierpień, tern straszniejszych, że między niewolą, 
a swobodą jest przecież otchłań nieprzebyta, która człowie- 
kowi pozwala hyć srogim. 
Historya życia konia w ludzkiej niewoli, jest nieraz tak 
smutna, że człowiek spłakałhy się nad nią, gdyby to była 
historya człowieka. Oto pojmany koń idzie w przymusową 
służhę; jego pan rozstrzyga o przeznaczeniu niewolnika. 
stanowi o tern, czem on ma być: rolnikiem w pługu, ryce- 
rzem na wojnie, pociągowym niewolnikiem - zawsze to 
będą ciężkie jakieś obowiązki. Człowiek przedewszystkiem 
uzbraja rękę batem, którego ciętość wzmacnia rÓżnymi spo- 
sobami; atoli mało mu jest posiadać to jedno narzędzie 
karności w ręku, więc sobie i do nóg przypina żelazne kolce 
ostrogi. które jak kły wpijają się w ciało zwierzęcia. Dwa
		

/img051_0001.djvu

			42 


te narzędzia nie wystarczają, przywiązują krótko niewolnika 
przy żłobie rzemieniem, luh mocnym łańcuchem_ Pomiędzy 
zęby wkłada mu wędzidło, kawał twardego, zimnego że- 
laza, który strasznie trze dziąsła, dzwoni O zęby, ciśnie usta, 
ugniata język, nie dając mu swobody. Całą głowę zwierzęcia 
drutuje w rzemienną uzdę, a koniec tego narzędzia dzierży 
w ręku sam zasiadłszy na wygodnem siodle. Wielkie, piękne 
oczy konia częstokroć zasłania się po obu hokach skórza- 
nymi okularami, aby ograniczyć sferę jego spostrzeżeń i uczy- 
nić zwierzę głupszem, niż ono jest w istocie. Do nóg przy- 
hite gwoździami podkowy, założone podogonie, dopełniają 
ohrazu wyrażnie wskazującego, jaką to drogą człowiek rządzi 
zwierzęciem. 
Swoją gatunkowość i kastowość usiłuje człowiek wpro- 
wadzić między zwierzęta; są więc konie-rod owcy i konie- 
niewolnicy. Patrycyusz do rozrywki i parady służy panom 
świata; plebejusz koński, równie jak ludzki, swą pracą zie- 
mią przeobraża. 
Nie tak jest na stepie. w tym świecie równości. Drży 
ziemia, tahun leci, leci gromada wolnych i równych; wszyscy 
są wiatronodzy i wszyscy wolni. Na hój nie wzywa ich trąba 
chwały ludzkiej, walczą sami za siebie, jak ludzie, w imię 
odwiecznych obowiązków, których uczyć się nie trzeba. Lecz 
nie są to konie z tradycyą wiekowej wolności. Jakiś koń 
Spartakus wywiódł je w kraje traw i burzanów, pokazał im 
step bezhrzeżny przed sohą, a za sobą niewolę pługów, kie- 
ratów, jarzma, wędzidła, siodła. Pod bezgranicznem niehem, 
na niezmierzonych przestrzeniach o jakże daleko lepiej żyć, 
niż w niewoli stajennej klatki!... Z niewolników starych rOZ- 
mnożyły się na swohodzie wolne już dzieci. Pędzą po ziemi 
niewydeptanej w gościńce i ścieżki przez koleje wozów, nie 
uhitej na twardy kamień kopytami uzbrojonemi w żelazne 
podkowy. Wiedzie je wódz wybrany z gromady. 
Pędzą! Od promieni słońca lśnią ich grzywy - ogony 
jak sztandary bojowe w górę się wzniosły; mają głowy 
dumnie zadarte, a z oczu iskry, z nozdrzy żary płomieni
		

/img052_0001.djvu

			43 


buchają; uszyma strzygą, piana je pokrywa, parskanie ich 
daleko w świat idzie. Takie piękne, nieposkromione, ogniste 
i mężne są konie na wolności. 
Wódz nagle stanąl, osadził się, aż ziemia pod nim stę- 
knęła - i kwiaty stepu, kopytem wydarte, w górę wzleciały; 
wyciągnął naprzód szyję przed siebie i płomienistem okiem 
w dal się wpatruje, a cała gromada czeka, co będzie. Daleko 
na widnokręgu jakiś ciemny punkt widzi: może to człowiek, 
handlarz niewolników, ze strasznym arkanem czatuje? chce 
jeńców, których jak towar w dalekie kraje zaprzeda? Taki 
od wilka straszniejszy! 
Nie, to nie wilk, ani nie człowiek, nie żaden z dwóch 
zażartych wrogów wolnego konia. Cała gromada patrzy 
i zaledwie uszom wiarę dać może. Słychać dalekie bratnie 
rżenie końskie. Hejże do niego w cwał, do pana brata! Co 
On za jeden? Wódz pierwszy dopadł, ogląda, węszy, a inne 
wieńcem go otoczyły i zQziwionem okiem nań patrzą. "Nasz 
hrat - to pewna, ale jakiś szczególny!" Nic dziwnego; jego 
niegdyś na orkan schwytano, ujarzmiono i w ciężki wóz 
wprzągnięto razem z innym, niewolnikiem od stu pokoleń. 
Człowiek-żyd rozwoził smołę, dziegieć po świecie - bieda- 
czysko z drogi się zhił w stepie; trzeba mu było spocząć. 
więc dwa konie w trawę puścił, a sam przy swym towarze 
usnął pod wozem. Stary niewolnik wziął się do jadła i zę- 
bami step począł kosić, ale niewolnik od trzech lat dopiero, 
choć głodny, nie myślał o chlebie, step mu teraz zapachniał 
nie sianem, wszystkie rozkoszne wspomnienia swobody ode- 
zwały się w duszy; zamarzył o rodzinnym tabunie, o życiu 
wśród gromady swoich równych. Więc biegł, gdzie go oczy 
niosły, z wędzidłem, z chomątem na karku i postronkami 
po bokach, z ciężką podkową u nogi, biegł, jak szalony, 
i w przestrzeń posyłał głosy tęsknego rżenia, a z trwogą 
spoglądał za siebie. Jakiejże rozkoszy doznał, gdy łJjrzał 
swoich rodzonych farysów! Gromada tabunu nie żałowała 
zęhów, ażeby konia-niewolnika pozbawić uprzęży; zerwano 
z niego wszystko, co kajdanami trąciło, uprowadzono go
		

/img053_0001.djvu

			44 


na step swobodny, a z czasem i ciężkie żelazne podkowy 
z nóg mu same spadły. Ileż tam powieści być mogło O stra- 
sznym ludzkim jasyrze! Ale na to przecież niekoniecznie 
ludzkiego słowa potrzeba: daleko więcej przemawiają zer- 
wane nogi, grzbiet odarty z sierści, zapadłe boki i prze- 
świecające żebra, na karku srogie bolaki, które wytarły cho- 
mąta, oraz te straszne smugi, jakie bat wszędzie zostawia 
po sobie na pięknym koniu. No, a cóż mówić o ducho- 
wych piętnach niewoli zwierzęcia? Jest ono zgnębione, upo- 
śledzone w swoim gatunku; skarlało, jeżeli pan miał na 
uwadze wyzysk w drodze pracy, nie parady. Wzrok już nie 
pała ogniem, nogom iść się nie chce z wiatrami w zawody 
- i w twardej służbie koń tak podleje. iak każda istota. 
A.. DygasMski 1)_ 


Lasy litewskie. 
Wokoło ciągnęły się lasy 
Litewskie, tak poważne i tak pełne krasy! 
Czeremchy, oplatane dzikich chmielów wieńcem, 
Jarzębiny ze świeżym pasterskim rumieńcem, 
Leszczyna, jak menada l) z zielonemi berły, 
Ubranemi jak w grona, w orzechowe perły. 
A niżej dziatwa leśna: głód w objęciu kalin, 
Ożyna, czarne usta tuląca do malin. 
Drzewa i krzewy liśćmi wzięły się za ręce, 
Jak do tańca stojące panny i młodzieńce 
Wkoło pary małżonków. Stoi pośród grona 
Para, nad całą leśną gromadę wzniesiona 
Wysmukłością kibici i barwy powabem: 
Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem. 
A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki 
Patrzą, siedząc w milczeniu: tu sędziwe buki, 
Tam matrony topole, i mchami brodaty 


l) A. Dygasmski. ::Nędzarze życia". 
2) Menada - bogini lesna.
		

/img054_0001.djvu

			45 


Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty, 
Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach, 
Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach. 
A. _
£ickiell'icz. 


Na wyrębie. 


Było to w czasie kiedy, pokończywszy przyrządzania 
różne, zabrał się do ścinania uboczy. Ledwo obalił pierwsze 
drzewo i echo trzasku jeszcze nie zamarło w lesie, gdy 
wypadł ku niemu z gąszczy nieznajomy człowiek i, chwy- 
tając go za rękaw, zawołał z rozpaczą: 
- Co robicie? Zastanówcie się przez litość i mIeJcIe 
sumienie... Czy nie widzicie, czyście ślepi, kieloście zamie- 
szanie sprawili, drzewo ścinając? Żywina bez pamięci ucieka 
przed siebie, a ptactwo lata w kółko, jak zwaryowane. Nie 
słyszycie tych płaczów, tych lamentów strasznych? Co ono 
was tak ogłuszyło pięknie?" 
Franek zdumiał się, zastanowił i obejrzał w koło. 
- No dyć patrzcie, powiedział nieznajomy - a miejcie 
oczy ku patrzeniu. Czy nie słyszycie, co to klątw nad waszą 
głową? 
Franek ze zdumieniem zauważać począł, że to nie są 
przewidy człeka, ani bajki. Ptactwo latało bez upamiętania 
z inakszym krzykiem, niż zwyczajnie. A ów człek widząc 
zastanowienie u Franka - jął łagodniej, z prośbą w głosie 
przedstawiać mu dalej. 
- To dopiero jedno drzewo... a telo już postrachu 
wzbudziło dokoła. Osądżcie kielo krzywdy zrobiliście światu. 
Bo nie myślcie, iako insi, że las, to jak zboże. Zetnie się 
i posieje i nowe urośnie. Tak ino myślą bezrozumni; abo 
ci, co nie mają nijakiego zmysłu. A jeżeli człowiek ma 
uszy. to na to, aby słuchał; oczy też nie na co insze, Jak 
ino na to, aby patrzał. Ale patrzeć moiściewy, to jeszcze 
nie sztuka, bo to bądź kto potrafi, ino trzeba widzieć, trzeba
		

/img055_0001.djvu

			46 


umieć, tak po ludzku oczami pomyśleć, to wtedy i las ina- 
czej będzie się przedstawiał. Dy to świat nie podlejszy od 
naskiego świata. A więcej w nim ciekawości, niżby se kto 
myślał. Przemieszkują tu narody, nie głupsze od ludzi, choćby 
ino na ten przykład, mrówczyce robotne. A inszych stworzeń, 
co niemiara, ani wypamiętać. Żebyście tak rankiem przyszli, 
przysłuchali się uważnie, jak to wszystko gwarzy... Gwar 
telo przerozmaitych, bo każde ma swoją, że choćby człek 
całe życie wsłuchiwał się pilnie, to się nijak nie zdole 
wszystkich ponauczać. To se możecie uważyć, kielo tam 
narodów. Teraz wam powiem taki przykład, może wam się 
przyda... Nie macie kąta między ludźmi, szukacie osiedla, 
i znachodzicie taką okolicę, kany możecie śmiało i bez- 
piecznie osiąść. Wypatrzyliście odpowiednie miejsce i ura- 
dziliście se w myślach swoich wybudować dom. Juścić 
z wielkim mozołem znosicie kamienie, piasek, glinę, belki 
i wszelaki przystrój_ Po długiej męce postawiliście chałupę 
i pourządzali wszystko, jak wam się żywnie spodobało. 
Szukając se towarzyszki, błąkając się długo. aż nareszcie 
spotykacie stworzenie przepiękne, o włosach połyskujących 
jak skrzydło jamiołka, który obłokiem staje przed wycho- 
dem słonka. Serce onej boginki porywacie śpiewem; leci 
za wami nie pytając dokąd. A taką towarzyszkę mieć to 
duże szczęście. Mija rok, i drugi, i trzeci, i więcej. Codzień 
o świcie, witając białe słonko, śpiewacie se psa1my. Spokoj- 
nOść macie za sąsiedztwo, szczęśliwość przy sobie. I dnia 
jednego idziecie do lasu - raptem słyszycie z daleka huk 
strasmy. Z bijącem sercem pędzicie napowrót, i cóżeście 
zastali w miejscu swojej chaty? Pustkę... pagórek rozsypa- 
nych gruzów. A tam w kołysce były dzieci i matka przy 
nich... 
Zaprzestał. A spoglądając w górę szepnął z cicha: 
- Co tu gniazd po drzewach... 
- Człeku - krzyknął Franek 
 chyba cię piekło 
przysłało na to, abyś mnie kusił... Ja tę ubocz muszę 
ścinać...
		

/img056_0001.djvu

			41 


Stała się rzecz niespodziana. Ten człowiek stary, siwo- 
włosy, pochylił się Frankowi do kolan, objął nogi jego 
drżącemi rękami. 
- Ja was proszę, nie tnijcie... Niech ta ubocz stoi. Bo 
kanyż się zwierzyna schroni przed biedą? a i człek czasem 
potrzebuje dachu... 
Podniósł głowę i spojrzał, w jego zielonych oczach tyle 
było smutku, co w jeziorach spokojnych po zachodzie. Bru- 
zdami twarzy zoranej i zastygłej jak rola na suchu, toczyły 
się powoli dwie błyszczące łzy. 
Franka żal okrutny ścisnął tak za gardło, że nie mógł 
nijak słowa wypowiedzieć. Po chwili dopiero podjął starego 
od ziemi, rzekł: 
- Co ja na to poradzę? nie mój las... Podjąłem się 
ciąć, to muszę. A nie będę ja, to insi, to stu inszych znajdą. 
Stary ustał jeszcze chwilę, medytował, wreszcie zabrał 
się i poszedł, nie powiedziawszy słowa. Franek patrzył za 
nim; uczyniło mu się przykro i nad wyraz ciężko. Takiej 
dusznoty w sercu nigdy nie odczuwał_ To milczące odejście 
zdało mu się wzgardą, jaką mu pozostawił ten człek nie- 
wiadomego imienia. Gniewu jednak nie miał w sercu, 
a czuł winę wielką wobec jakiegoś trybunału, który go nie 
wzywa. Za tym człowiekiem poszły jego myśli... I dziwna 
rzecz, on co zawdy czuł się między ludźmi wyższym, wobec 
tego człeka nieznanego rodu, co mu się do kolan schylał, 
widzi się, jako pasterz, który czyni szkodę. Czem go ten 
człowiek przerósł? dumał - czem się nad niego tak wy- 
wyższył? Czoło jego takie jasne, jakby w słońcu stało, 
a oczy takie przejrzyste, jak dna jezior czystych. I długo 
myślał, medytował, przypominał jego słowa; a po niemałej 
chwili szepnął: 
- Jego miłość większa... 
Wyraźnie widział jego serce, jako morze ognia. Po 
chwili dodał: 
- U niego się tam poczyna świat, gdzie u innych koń- 
czy... Muszą to być krainy dużego poznania... "Tyle naro-
		

/img057_0001.djvu

			48 


dów" powiada, jak o swoich swój. 
ale co ja pocznę! 


Nie dziwota, że go boli, 
TV!. Orkan. l) 


W lesie. 


Rówienniki litewskich wielkich kniaziów drzewa 
Białowieży, Świtezi, Po nar, Kuszelewa, 
Których cień padał niegdyś na koronne głowy, 
Grożnego Witenesa, wielkiego Mindowy. 


Drzewa moje ojczyste! jeśli niebo zdarzy 
Bym was oglądał znowu przyjaciele starzy, 
Czyli was znajdę jeszcze? czy dotąd żyjecie? 
Wy, koło których niegdyś pełzałem jak dziecię... 
Czy żyje wielki BaubJis, w którego ogromie, 
Wiekami wydrążonym, jakby w dobrym domie. 
Dwunastu ludzi mogło wieczerzać za stołem? 
Czy kwitnie gaj Mendoga pod farnym kościołem? 
I tam na Ukrainie, czy się dotąd wznosi 
Przed Hołowińskich domem, nad brzegami Rosi. 
Lipa tak rozłożysta, że pod jej cieniami 
Sto młodzieńców, SIO panien, szło w taniec parami? 
Pomniki nasze! ileż co rok was pożera 
Kupiecka lub rządowa moskiewska siekiera. 
Nie zostawia przytułku ni leśnym śpiewakom. 
Ni wieszczom, którym cień wasz miłym jest jak ptakom 
Wszak lipa czarnolaska na głos Jana czuła, 
Tyle rymów natchnęła; wszak ów dąb gaduła 
Kozackiemu wieszczowi tyle cudów śpiewa! 
Ja ileż wam winienem o domowe drzewa! 
Błahy strzelec uchodząc szyderstw towarzyszy 
Za chybioną zwierzyną. ileż w waszej ciszy 
Upolowałem dumań, gdy w dzikim ostępie 
Zapomniawszy o łowach, usiadłem na kępie. 
A koło mnie srebrzył się tu mech siwobrody, 


l) Vlł. Orkan. 'V roztokach. II. t0m. 


" 
",
		

/img058_0001.djvu

			4y 


Zlany granatem czarnej, zgniecionej jagody, 
A tam się czerwieniły wrzosiste pagórki, 
Strojne w brusznice, jakby w koralów paciórki. 
W koło była ciemność; gałęzie u góry 
Wisiały, jak zielone, gęste, nizkie chmury, 
Wicher kędyś pod sklepem szalał nieruchornym, 
Jękiem, szumami, wyciem, łoskotami, gromem. 
Dziwny, odurzający hałas! Mnie się zdało, 
Ż-e tam nad głową morze wiszące szalało. 
Na dole, jak ruiny miast: tu wywrot dębu, 
Wysterka z ziemi, nakształt ogromnego zrębu; 
Na nim oparte, jak ścian i kolumn odłamy, 
Tam, gałęziste kłody, tu wpółzgniłe tramy, 
Ogrodzone, parkanem traw_ W środku tarasu 
Zajrzeć straszno: tam siedzą gospodarze lasu, 
Dziki, niedżwiedzie, wilki; u wrót leżą kości, 
Napół zgryzione jakichś nieostrożnych gości; 
Czasem wymkną się w górę, przez trawy zielenie, 
Jakby dwa wodotryski, dwa rogi jelenie, 
I mignie między drzewa zwierz żółtawym pasem, 
Jak promień, kiedy wpadłszy gaśnie między lasem. 
I znowu cichość w dole. Dzięcioł na jedlinie 
Stuka zlekka i dalej odlatuje, ginie, 
Schował się, ale dzióbem nie przestaje pukać, 
Jak dziecko, gdy schowane, woła, by go szukać. 
Bliżej siedzi wiewiórka, orzech w łapkach trzyma, 
Gryzie go; zawiesiła kitkę nad oczyma, 
Jak pióro nad szyszakiem u kirasyera. 
Chociaż tak osłoniona, dokoła spoziera, 
Spostrzegłszy gościa, skacze gajów tanecznica 
Z drzew na drzewa, miga niby błyskawica, 
Nakoniec w niewidzialny otwór pnia przepada, 
Jak wracająca w drzewo rodzinne Dryada l). 
Znów cicho. Wtem gałąż wstrząsła się trącona 


l) Dryada - bogini leśna. 


My - lu.J.zie I.
		

/img059_0001.djvu

			50 


I pomiędzy jarzębin rozsunione grona, 
Kraśniejsze od jarzębin zajaśniały lica! 
To jagód, lub orzechów zbieraczka-dziewica. 
W krobeczce z prostej kory, podaje zebrane 
Brusznice świeże, jako jej usta rumiane. 
Obok młodzieniec idzie, leszczynę nagina, 
Chwyta w lot migające orzechy dziewczyna. 
Wtem usłyszeli odgłos rogów i psów granie: 
Zgadują, że się ku nim zbliża polowanie 
I pomiędzy gałęzi gęstwą pełni trwogi. 
Zniknęli nagle, jako leśne bogi. 


Dęby. 
Okropne to były czasy, kiedy dęby, stare jak dzieje 
narodu, miane za bogów ongi. waliły się z łomotem prze- 
rażliwym. Mocarze wiekowi puszczy, wysoko dzierżąc głowy, 
żyli dostojnie, wspaniale. 
Wdzięk potęgi i sławy bił od nich łuną jasną. Teraz, 
wyzuci z życia, ległi nizko. Pokonali setne lata i zginęli.- 
Dęby są jeszcze dziś na świecie, ale nie takie. 
Czasy to były okropne! Ziemia drżała od ich upadku, 
który echami gromu huczał daleko po borze i leciał w pod- 
niebia, jakby pragnąc nakłonić słońce do baczności.- 
Razy pierwsze uderzały nadaremnie: topór spotykał twardziel 
dębową i odskakiwał. 
Śmiało rzec można: żelazo biło o żelazo. - Las od- 
powiadał na każdy zamach jękiem, skargą żałośliwą: 
- Wrogi chcą zwojować zakon święty naszego żywota. 
Zwyczajnie, ktoś musi opłakać zgon na tym padole 
płaczu. 
Siekiera ostra cięła, zrobiła szczerbę, wpijała się coraz 
głębiej, otwierała żyły przebogate w soki życia, docierała 
do serca. 
- Bór teraz już szlochał, łkał, stękał echami głuchemi. 
Okrzyki rozpaczy bezsilnej dawały się wyrażnie słyszeć:
		

/img060_0001.djvu

			- Giniemy! 
A słońce letnie, jakby rade klęsce, rzucało z niebios 
uśmiechy pogody jasnej. 
- Rzecz dziwna, wszechświat nie współczuje z naszą 
niedolą! 
Cios ostatni przyszedl, dzielnie ugodził i zwalił.. z nóg 
olbrzyma wladnego, chlubę puszczy. Upad straszny!... 
Trzask wrzał przez chwilę naokół. r trzask przerażliwy, 
i zamęt niezmierny, i huk nadzwyczajny, idący zkądś od 
trzewiów ziemi, od wnętrza gniazda korzeni dębowych. 
- Jakto, nawet i wielgo-dęby upadają? 
- Upadają, a ziemia trwa, stoi na miejscu! 
Po dziejach starych nowe idą, a jedne i drugie giną dla 
pamięci w otcJllaniach wieczności. 
Trwoga blada na skrzydlach pierzchliwych pomknęła 
w knieje naj głębsze, zwiastując klęskę życia. Jeleń i odyniec, 
rażone strachem, gnaly pośpiesznie przez puszcze w susach 
ogromnych. Lis i borsuk zaszyly się w nory. Ptactwo spło- 
szone zaniechało pieni i pierzchalo na wszystkie strony. 
Motyle sfrunęły z jednych kwiatów na inne. Nawet ślimaki 
skurczyły się w skorupkach. Mrówki drgnęły. Lęk ogarnął 
całą rzeczpospolitą żywych, o ile kto mniemał, że i jego 
zdrowie wisi na łyczku. 
Cisza! Dąb już upadł. Leży potężny z konarami zdru- 
zgotanymi; świeci rana, przez którą dech życia uchodzi. 
Jeszcze tak niedawno bystrzył się w górę, spoglądal w niebo, 
dzielny szumiał pięknie. Tcraz leży i kona w milczeniu. 
Boli nas żYWycJl, przeraża widok sędziwego ojca rodów, 
co przetrwał dziesięćkroć wieki. Legł dzisiaj i już nie po- 
wstanie nigdy. On król boru, przejrzeniec i powołaniec, bu- 
rzom dawał bitwy, a zginął! 
Ta myśl nas nie pocieszy, że na świecie nic nie trwa 
wiecznie, albo - że w przyrodzie wszystko się zmienia, 
a nic nie ginie. Kto kocha, ten nie słucha nauk z księgi 
mądroś ci. A. Dygasi.!ski l). 
'J A. Dygasiński _. Dęby. 


51 


..
		

/img061_0001.djvu

			52 


Sosna'). 


Na dworze sosna w wichrze płacze, łka, 
Strażniczka wieczna, wierna okien moich, 
Skarży się głucho. 


Czemu się tak posępnie żaiisz, siostro sosno, 
Siostro Wejmuto? 
Czemu ponurych łkań żałobą 
Przez całą noc rozmawiasz sama z sobą 
W pochmurną nOc wybuchasz wielkim płaczem, 
Co leci w wielką dal echem tułaczem? 
Czemu się tak posępnie żalisz, siostro sosno? 
Czemu się duszy mojej żalisz ciemna sosno? 
° czem ty marzysz? 
° mów, ja słucham twej skar
i! 


Szum przytłumiony idzie z twojej głębi, 
Szum niespokojny, jak ptak przelękniony, 
Co trwożnem skrzydłem trzepoce wśród burzy. 
Szum głuchy targa się, szarpie, szamoce 
Wplątany w twardą uwięż twych gałęzi 
I potężnieje, i rośnie, i huczy, 
A potem dziki, gniewny, zbuntowany 
Jakąś złą mocą opętany, grożny! 
Dźwiga się chmurny, wyrywa się w niebo 
I godzi w piersi wichrów swoim szałem 
I wyje wściekle! 
A wiatr przerażony 
Przypadł ku trawom i strwożony dyszy... 
Nie śmie się porwać ciśnięty o ziemię... 
0, sosno, jak ty w wichrze płaczesz, łkasz! 
Strażniczko wieczna, wierna okien moich, 
Jak ty się skarżysz!!! 


l) Wejmuta. Staffa - Dzien duszy.
		

/img062_0001.djvu

			S3 


0, wierzę teraz, że drzewa, jak ludzie, mają też dusze' 
...jak ludzie... 
0, wierzę teraz, że drzewa. jak ludzie, mają też serca' 
...jak ludzie... 
0, wierzę teraz, że drzewa, jak ludzie, nie wypłakane, 
żrące noszą w duszy łzy! 
0, wiem, że ból wytacza z serca drzew naj droższą krew, 
serdeczną krew' 
Zranić cię musiał jakiś topór wraży, 
SkalecŻyć musiał twój wysmukły pień, 
I po twem ciele gibkiem, siostro sosno. 
W pomroku twoja krew serdeczna płynie, 
Krew, w której tętni smutek bezgraniczny... 
Czuję jej woń, 
Woń mocną twojej krwi żywicznej, 
Płynącej z krwawej i otwartej rany, 
Potwornym ciosem toporu zadanej - 
Woń krwi ze serca, co pod korą śpi 
Wśród czarnych twych konarów... 
Czuję woń tęgą twej żywicznej krwi. 
Żywicznej krwi... 
Sosno, sosno, czemu tak nagle tajemny twój szept 
Zamilkł urwany? 


Znieruchomiona bezbrzeżną boleścią 
Stoisz pomrokiem owiana - 
Ramiona ciemne rozprzestrzeniasz w dal 
I stoisz cicha, bez ruchu, wyniosła, 
Groźna, surowa. 
I nagle - milcząc - znów chwiać się poczynasz 
Zwolna, bez szeptu, 
Znowu kołysać i giąć się poczynasz, 
I przerażeniem dzikiem oniemiała 
Rytmem straszliwej, bezmownej boleści, 
Ruchem powolnym, równym i miarowym, 
Leniwą wymową swej smukłej postaci'
		

/img063_0001.djvu

			54 


Zawodzisz skargę milczącą bez słów, 
Pieśń beznadziejną, bez słów, 
Smutno, przeciągle... 
Czemu zawodzisz tym obłędnym ruchem 
Twojej zczerniałej kibici 
Bezmowną skargę, 
W pomroczu czarnem, osowiałem, głuchem? 


A teraz stoisz nieruchoma, ciemna, 
Tylko konarów końce lekko drżą, 
Jakby kobiety obłąkanej dłonie, 
Jak dłonie ramion naprzód wyciągniętych, 
Co poruszają się lekko, 
Jakby płoszyły jakiś sen bolesny, 
Jakby broniły się rozpacznej myśli, 
Lub jakby kogoś uspokoić chciały, 
Lub jakby duszę uspokoić chciały, 
Że łza, co w serce upada, nie pali, 
Że rozpacz szponem duszy nie rozdziera- 
Jak gdyby ruchem swym zaprzeczyć chciały, 
Że ból żre serce, że cierpienie boli... 
Konary twe ciemne lekko drżą, 
Jak dłonie ramion naprzód wyciągniętych, 
Co uspokoić chcą, i czemuś przeczyć, 
Choć same w niemą mowę swą nie wierzą, 
Wierzyć nie mogą' 
Nie mogą!' 


0, wierzę teraz, że drzewa jak ludzie, mają też dusze! 
...jak ludzie!... 
O, wierzę teraz, że drzewa, jak ludzie, mają też serca' 
...jak ludzie!... 
0, wierzę teraz, że drzewa, jak ludzie, 
Nie wypłakane, żrące noszą w duszy łzy! 
Sosno! Sosno' 
Hardość jest w twoim głuchym szumie,
		

/img064_0001.djvu

			55 


Hardość boleści zaciętej w swej dumie, 
Hardość gnębionych dusz! 
Boś ty północy córą, siostro sosno, 
I twe siostrzyce, i ja!! 
Dzikość gór ciemnych, jest w twym głuchym szumie, 
Surowa dzikość odwiecznych puszcz lesnych. 
Dawno zrąbanych... 
Może wspomnienia twych ojców, 
Sosno samotna, 
Może wspomnienia twych ojców 
I myśl, że jesteś samotna, 
Napawa cię bólem? 


Jak szum twój jęczy, i płacze, i łka, 
Strażniczko wieczna, wierna okien moich! 
Musiałaś niegdyś widzieć o północy 
Otwierające się u stóp przepaści. 
Musiałaś niegdyś słyszeć szum podziemny 
Otwierających się u stóp przepaści - 
Że łkasz tak strasznie! 


Siostro sosno, sosno samotna, 
Siostro Wejmuto! 
Patrz! Ukołysać chciałem twój smutek, 
Ukoić chciałem twój ża1. 
A teraz płaczę wraz z tobą... 


L. Staff_ 


o świcie. 


Franek patrzał w doliny i widział, jak się powoli roz- 
szerza i niknie mglista szarzoga, jak szare pola nasiąkają 
barwami przeróżnych odcieni i zbliżają się ku niemu krajo- 
brazy czyste, świeżości pełne i uroku. Ludzi jeszcze nie wi- 
dać, ale dymy, wysuwające się pasmami z dachów, świadczą, 
że już powstali.
		

/img065_0001.djvu

			56 


Słońce stanęło czerwonem kołem na szczytach lubo- 
mierskich i można było patrzeć w nie bez zmrużenia powiek. 
Zwolna kolisty ogień martwy rozpadał się w ognisko żywe 
i wnet buchnął płomiennym żarem, białym od skrzących 
iskier, rozsypujących się promienisto na wszystkie strony. 
Franek stał dumając, obrócony twarzą ku wschodowi. 
Żywy odblask ozłocił stojącego, kładąc smugi różowe 
na jego ubiór pasterski, ożywił bronzowe oblicze, rzucając 
na nie krwawe cienie, załamujące się ostremi liniami w jasne 
i ciemne płaszczyzny. 
Stał w krwawym blasku wschodzącego słońca, jak 
młody bóg pasterski, stojący posągiem na polanie urocznej 
wśród drzewnej zieleni i osiwiałych poranną rosą traw. 
Stał pełen swobody pierwotnej, a żyłami jego ciała 
szedł płomień życia gorącego, zapalając rozkwitłe siły. 
- Świecie mój! świecie - powtarzał w koło, nie 
umiejąc wypowiedzieć słowami tych pieśni, co w sercu jego 
dzwoniły rozgłośnie na cześć złotego słońca, na chwałę 
świętej ziemi. 
Nigdy nie czuł się tak pewnym, że naprawdę żyje, ni- 
gdy nie czuł w sercu swojem takiej świeżej mocy, jak w tej 
chwili porannej, kiedy słońce wstaje, kiedy ziemia przeciera 
oczy wilgotne od błyszczących ros, a one iskrzą się jak 
blaski przecudnych kamieni. Spojrzał w roztoki zagłębione. 
Obaczył jasne smugi, niby miotły ogniste związanych pro- 
mieni, jak rozmiatają mgły obsiadłe nad wodą i rozgarniają 
mrok płowy, kosmaty, który cofa się przed niemi, przypada 
w rozpadliny wązkie, a znaleziony, mknie chyłkiem popod 
strome urwiska, czai się i posuwa ku lasowi, gdzie ma 
ojczysty, ciemny gmach, smerekowe świątynie... Obaczył 
sady ozłocone, jak wieńcami przetykanymi czerwienią, oto- 
czyły osiedla odymione... Obaczył drzewa jesionowe, osiadłe 
na kępach; zagony wązkie zbożem tkane, przeróżną zie- 
lenią, która się mieni za podmuchem pieszczącego wiatru, 
niby równe zwierciadło stawu zielonego, załamującego światło 
żywe taflami złotemi. A gdy szedł wolno znużonem od
		

/img066_0001.djvu

			blasku okiem - przez sine pola, zdało mu się, że widzi, 
jak promienie słoneczne czeszą złotym grzebieniem zadzier- 
żysty len. 
- Cudny ten świat! - pomyślał. Przepiękne jego ma- 
lowanie... Kto je zrozumie? Kto je widzi? Ani jeden człowiek. 
Obejrzał się po całej wsi. Nikogo. 
Pochowali się w tych norach swoich, jak podziemne 
krety. Przywykli do tej ziemi, grzebią w niej, jak te myszy 
polne, szukając życia. A to życie tak niedaleko! 
Poczuł rozkoszne drgnienie serca, jakby w niem ode- 
zwało się to życie, zaklęte w nim. 
- Na świt! Na świt! 
Jak ranny ptak w gęstwinie, tak w głębokościach jego 
serca śpiewało zbudzone życie. 
- Na świt! Na świt! grały pieśni dookoła. Rósł szczę- 
ściem swobody ponad ziemię, olbrzymiał i czołem prawie 
sięgał ku obłokom. Poczuł w tej chwili rozpętania duszy, 
że człowiek jest potęgą, której nic nie zmoże - nawet 
śmierć zdała mu się złudą, marą jakąś bezsilną, która po 
nocach straszy. 


TVładysław Orknn l ). 


Ze słońcem. 


Zatrzepotały liście brzóz, 
jako motyli rój, - 
zatrzepotały liście brzóz: 
to świt! to świt! to świt! 
Ozwał się sosen głośny chór; 
odwiecznych dębów chór, 
starych modrzewi zwarty tłum 
poszumem nagłym podał wtór, 
i płynął szum, szeroki szum, 
przez nieprzejrzany, mroczny bór. 


1) Wl. Orkan. - 'V roztokach - I. tOlli_ 


57
		

/img067_0001.djvu

			58 


Gdzieś po wierzchołkach drzew się niósł, 
głębiną nieba zda się niósł, 
przelewał granie l) w kłębach chmur 
i zolbrzymiały w bezmiar rósł. 
Od paprociowych wiotkich kit, 
gdzie dziki jaskier gęsto kwitł, 
po dwuwiekowych dębów szczyt, 
rozkołysany hymn się lliósL. 
A potem nagle cichną! bór, 
i tylko drżały liście brzóz: 
To świt! to świt! to świt! 
Czy to błądzą w jałowcach 
strzępy nocnej mgły? 
Po wykrotach, manowcach, 
gdzie wilgotne mchy, 
przez leszczyny gąszcz młody 
owczarz pędzi swe trzody. 
Owce idą gromadą 
i do siebie się garną, 
mgły po bagnach się kładą 
las otwiera głąb czarną. 
białych owiec drży stado. 
Zmrok się tłucze wśród kaliny 
między głogu krze, 
cień w paprociach leży siny, 
brzask przesiany przez gęstwiny 
wśród gałęzi mrze. 
Owczarz trzody swoje goni, 
tchem szerokim pierś mu gra, 
tętna biją mu na skroni, 
wtórem sercu echo dzwoni, 
wtórem sercu pierzcha noc. 
Dnieje! 
W piersi taka moc, - 


1 Grań - skala.
		

/img068_0001.djvu

			taka moc mu w piersi łka! 
Hop! hop! 


Obudził słońce! 
Powstało krase z nocnych chmur, 
rzuciło blasków złoty snop, 
posłało ciepłych wiatrów gońce 
w len rozszumiały, stary bór. 
Hop! hop! 
Obudził słońce! 
Gdzieś z daleka dzwonki dzwonią: 
białoruną nową trzodę 
dziewka pędzi lnianowłosa. 
Do stóp kosy rozczesała 
jak dziewanna - złota cała. 
idzie świeża, smugła, bosa. 
Aż puszyste sosny młode 
czuby swoje przed nią kłonią. 
"By-waj!" 
Ranka świeżą wonią 
głos przesiąka, w bór się niesie: 
zagadały echa śpiące, 
przyczajone w wilgnym lesie. 
- Chodź na słońce! Chodż na słońce! 


Upalny wstaje dzień, 
słońce żarem sypie w mchy, 
czasem chmura rzuci cień, 
pył się złoty górą skrzy, 
a sosnowych wiech iglawie 
w blaskach chwieje się leniwie 
od gorących ziemi tchnień. 
Chór koników w trawie dzwoni, 
wonnym lepem kapią drzewa, 
czasem w chaszczach żar przewiewa, 
żar żywicznej skwarnej woni. 
Owce brodzą w morzu ziela 


59
		

/img069_0001.djvu

			60 


między sosen rude pnie, 
w ziołach brzęczy much kapela, 
moc południa w słońcu tchnie. 
A z daleka szunii bór 
i żywota pieśni młodej 
stuwiekowej cel rapsody 
rozszumiały niosą wtór. 


Br. Ostrowska. 


wptyw warunków geograficznych na człowieka. 


Wpływ warunków geograficznych (w najobszerniejszem 
znaczeniu rachując tu też rośliny, zwierzęta, a nawet samego 
człowieka) na człowieka jest prawdopodobnie jedyną przy- 
czyną cech, różniących ludzi między sobą, cho- 
ciaż wiele z tych cech nie da się dotąd jeszcze wyjaśnić. 
Barwa skóry człowieka w różnych okolicach ziemi 
przechodzi rÓżne odcienia - od jasnej, jak nasza, do czarnej, 
jak u murzynów. Zdaje się, iż różne natężenie światła slo- 
necznego w różnych okolicach jest tego przyczyną: w okoli- 
cach blizko równika leżących, oraz na wysokich górach i wyży- 
nach natężenie promieni słońca jest silniejsze i tam też 
napotykamy zwykle najciemniejszą barwę skóry. Wprawdzie 
u ludów podbiegunowych spotykamy znów ciemną barwę 
skóry, ale tam słońce, choć krąży nizko, znajduje się jednak 
po całych dniach, a nawet miesiącach nad poziomem; przy 
tern śniegi leżą tam długo i potęgują działanie światła przez 
odbicie go od swej białej powierzchni. Prócz tego na ciem- 
niejsze zabarwienie ludów krain gorących ma tez zapewne 
wpływ silniejsze wydzielanie się żółci, oraz większa odpor- 
ność ludzi Z ciemną barwą na choroby febryczne. B a r w a 
w lo s ó w (także ich kształt: proste. kędzierzawe, wełniste) 
i oczów znajduje się w pewnym związku z barwą skóry: 
barwa jasna skóry występuje zwykle w towarzystwie jasnej 
barwy włosów i oczów (niebieskich); ciemna barwa skóry
		

/img070_0001.djvu

			61 


łączy się zazwyczaj z ciemną barwą włosów i oczów (blon- 
dyni i bruneci). 
W z r o s t ludzi bywa rozmaity, co zdaje się pochodzić 
od pożywienia i warunków praey: skąpe pożywienie i nad- 
mierna praca tamują wzrost 
Rozmiary piersi są szczególniej wielkie u ludów, 
zamieszkujących wysokie góry i wyżyny, albowiem rozrze- 
dzone powietrze tych okolic zmusza człowieka do głębo- 
kiego oddychania. 
C h o r o b y, którym człowiek podlega, są też w ścisłym 
związku z warunkami geograficznymi. Natężenie światła i pył, 
unoszący się w powietrzu krain suchych, nie mało się 
przyczyniają do, chorób ocznych. Klimat suchy jest wo- 
góle zdrowszy od wilgotnego. W krajach gorących i wilgo- 
tnych panują zabójcze febry, w krajach zimnych - szkor- 
but (zapewne wskutek braku roślinnego pożywienia). Cho- 
lera, której główne siedlisko znajduje się w gorących 
i wilgotnych Indyach rozprzestrzeniła się znacznie po ziemi, 
ale do pasa zimnego nie wkroczyła itd. 
Na podstawie rÓżnic cielesnych jak barwa skóry, oczów, 
barwa i kształt włosów, kształt głowy, nosa itd. podzielono 
wszystkich ludzi (w liczbie blizko 1 1 !2 tysiąca milionów) na 
pewne gromady zwane rasami (Murzyńska, Mongolska, Ma- 
lajska, Amerykańska, Biała czyli Nadśródziemnomorska). 
Jakkolwiek nam mogłyby cechy innych ras wydawać 
się brzydkiemi, to jednak k aż d a r a sa u w aż a w ł aś n i e 
sw O je cec hy za n aj p ięk n iejsze i dla upiększenia 
stara się sztucznie potęgować te cechy. 
Ze wszystkich ras Nadśródziemnomorska stoi najwyżej 
pod względem oświaty (głównie Europejczycy), posiada naj- 
więcej warunków rozwoju; wynika to po części przynajmniej 
stąd, iż rasa ta zamieszkuje w najkorzystniejszym dla czło- 
wieka klimacie umiarkowanym. który pobudza do pracy, do 
zwycięskiej walki o byt, podczas gdy klimat gorący osłabia, 
a udzielając obfitych darów (bujna roślinność) i zmniejszając 
potrzeby (pożywienia, odzieży, mieszkania, opału), rozleni-
		

/img071_0001.djvu

			62 


wia. Klimat zas ZJmny zanadto zużywa siły człowieka na 
walkę o chleb i nie pozwa1a na kształcenie umysłu. 
Że warunki geograficzne, jak klimat zimny lub ciepły, 
wilgotny lub pogodny, - jak widok okolicy piękny, uroz- 
maicony lub jednostajny, ponury, mogą wpływać na duchową 
stronę człowieka, przekonywamy się na sobie samych pra- 
wie codziennie: podczas dni pochmurnych, szarug i mgieł 
jesiennych nie czujemy się tak weseli i swobodni, jak pod- 
czas dni cieplych i pogodnych; większego też zadowolenia 
doznajemy, gdy podczas przechadzki natrafimy na okolicę 
piękną, urozmaiconą przez wzgórza i doJiny, łąki i strumie- 
nie, grupy drzew i siedzib ludzkich, aniżeli, gdy się dosta- 
niemy n. p. do okolicy pustej, bagnistej, porosłej czarnym, 
rozległym borem. Kraj więc z klimatem pogodnym, z kraj- 
obrazami pięknymi, urozmaiconymi, wpływając wciąż na 
mieszkańców, powinien wyrabiać w nich charakter wesoły, 
szczególniej, gdy przyroda tego kraju nietylko jest piękna, 
ale zarazem bogata tj. dostarcza człowiekowi obfitych środ- 
ków do życia. Wprawdzie na dalekiej północy, wśród śnie- 
gów i lodów, wśród przyrody bardzo skąpej i strasznej, 
spotykamy bardzo wesoły lud Eskimosów. ale i to jest 
wynikiem wpływów geograficznych warunków, choć w nieco 
odmienny sposób; przyroda północy musiała bez wątpienia 
wplywać na ludzi przygnębiająco, wyrabiać usposobienie 
smutne, ale w bardzo zimnym klimacie usposobienie to nie 
mogło się rozwinąć śród Eskimosów; gdyż ludzie smutni 
wymierali tam prędko, pozosiawaJi więc tylko najweselsi 
i to usposobienie swoje prawem dziedzictwa przekazywali 
swym dzieciom. Tym sposobem w ciągu wieków rozwinął 
się w kraju najsmumiejszym lud najweselszy. 
n
 Nałkowski l). 


Z Kujaw8iłiej gleby. 
Ziemia, która Kasprowicza wydała, to trójkąt obwodu 
paru mil kwadratowych pomiędzy Inowrocławiem, Gniewko- 


l} W. Nalko"\vski, "Geob>Tafia rozumowa;''.
		

/img072_0001.djvu

			63 


wem, a pramatką, kolebką ojców naszych, Kruszwicą. Cały 
ten trójkąt przerznięty jest Gopłem - morzem polskiem, 
jak je kiedyś nazywano. Lasy wycięto. Gopło opada coraz 
więcej i tworzy się na milę długie i szerokie bachorze, po- 
rosłe wysokiem zielskiem, w które grzęźnie i plącze się 
noga, gdy się chce przez nie przedrzeć, krzewy ostu i po- 
krzyw ranią ręce, a nawet sięgają po szyję, a po miękkiej, 
bagnistej ziemi, idzie się jak po niezmiernie bogatym, a głę- 
bokim kobiercu wschodnim. 
Czasem tam człowiek zapadnie, czasem koń po kark 
ugrzęźnie, że go i dziesięciu chłopów wydostać nie może, 
ale to nic. 
Pełno tu stawów i bagien - w ciemnych nocach prze- 
latują tu duchy masonów, błędne ogniki prowadzą chłopów, 
wracających z odpustu lub karczmy, na najgłębsze zatory 
bagien - ale to nic. 
Po rowach i kanałach nie ma mostów, zaledwie jakaś 
krucha, zmurszona belka służy za przejście dia ludzi; raz po 
raz ktoś się zwali, skąpie się lub utonie w głębokim ka- 
nale; jedzie się bryczką, trzeba daleko objeżdżać i przy 
ujściu kanału przez Gopło broczyć - po nocach się włó- 
czyć po ścieżkach wzdłuż głębokich kanałów, z których torf 
wykopano - lada chwiia na łeb na szyję zaprzepaścić się 
można w otchłannej ich głębi - ale to nic. 
Eo to, co autochtonę, syna tej ziemi, przedewszystkiem 
charakteryzuje, to nieslychany fatalizm życiowy, dziwna, 
a smutna rezygnacya, co ręce roztwiera i na piersiach je 
krzyżuje. Tak Pan Jezus chciał! 
Lasem tataraku, trzciny i sitowia kończy się małe Gopło, 
potem kanał dawno zamulony, poprzez niego prowadzi mo- 
stek, który dziwnym cudem jeszcze się utrzymał. Potem 
ścieżka wzdłuż długiego urodzajnego pola, żytem obsianego, 
tuż przy rozlegJych toriowiskach, potem rozstajna droga, 
gdzie się powiesił torfiarz, Piernik, co na weselach wszyst- 
kich drużbował i padł ofiarą swego zawodu, - bo doszczę- 
tnie się rozpił - ta wielka, biedna rozstajna droga, na której
		

/img073_0001.djvu

			64 


przy zmurszałej wierzbie siedzi święta, biedna, przyku- 
cnięta dola Kujawiaka - no i droga przez dziadowskie mo- 
rze, morze piasku, na którem chyba łubin jeszcze tylko się 
rodzi. 
ł w okół rozciąga się ogromna przestrzeń pierwotna, 
bez konturów, zlewająca się na krańcach, czarnym szlakiem 
ugorów, z błękitnem niebem. Jak daleko oko sięga, gładka 
jak stół - cicha a bezbrzeżna melancholia, co duszę na 
miękki mol nastraja i kołysze ją w głęboką zadumę. Coś 
niesłychanie cichego, smutnego, jakiś ton beznadziejnej 
tęsknoty, legł nad tą ziemią. Jest coś zamkniętego w sobie, 
nie ma nic, coby skupioną w sobie uwagę rozerwać mogło, 
coś, co tylko cichym szeptem wypowiedzieć można, bo tu 
wszystko takie ciche, i dobre, i smutne. 
Wprawdzie rozkwitły pola rzepiku delikatnem wonnem 
kwieciem - zieleni się rozkosznym kobiercem ozimina, roz- 
kwieciły się łąki żółtym jaskrem - tulą się do trawy skrom- 
nie anemony - słychać świergot ptaków w powietrzu i tur- 
kot wozów chubiarzy wzdłuż dróg, obsadzonych staremi 
wierzbami, ale to wszystko wesela nie daje. 
Jakaś parna, przeczuciem i troską ciężarna dola przy- 
kucnęła na rozstajnych drogach i tłumi śmiech i rozgwar. 
Stanie się na górkach tuż po za Szymborzem, a oko obej- 
muje dziwny widnokrąg. Tam Montwy, gdzie krew szwedzka 
z polską się zmieszała i Noteć krwawą czerwienią zabar- 
wiła; trochę dalej Tupadł, gdzie Szwedzi padli, z drugiej 
strony Łojewo, gdzie Szwedów łojono; tam znów Ostrowo, 
siedziba słynnego masona, którego często widziano w po- 
staci czarnego psa - jeszcze dalej Markowice ze słynnym 
na Kujawy klasztorem i przyległemi dobrami Kneszą Wielką, 
Małą i Duchowną - srebrzy się pas Gopła, a nad niem 
wznoszą się szańce szwedzkie, z których Szwedzi Kru- 
szwicę ostrzeliwali, - poprzez Gopło czernią się zwęglone 
pale dawnego mostu, ponad wszystkiem góruje Mysia wieża. 
Wprawdzie wieża ta, to baszta obronnego krzyżackiego 
zamku, ale tak się myśl, uczucie i serce związały z tą
		

/img074_0001.djvu

			65 


Wlezą, ze niktby nie zdołał zniszczyć tej tradycyi sercowej, 
że tu Popiela myszy zagryzły; dziwne, a tajemnicze grozą 
i strachem przejmujące uczucie przeraża Kujawiaka na myśl, 
że mógłby wstąpić w te podziemia, co wązkim krużgankiem 
prowadzą pod Gopłem do katedry, na drugiej stronie Gopła 
położonej. 
Z drugiej strony na małem wzgórzu - Inowrocław ze 
zgliszczami niezmiernie pięknego kościoła Panny Maryi, 
a w dali, skąd dzwony płyną i płyną tą rozpłakaną godziną, 
widnieje i świeci się biały kościół na górze, to słynna góra, 
a w tym kościele cudowny obraz Św. Walentego. 
Och, módz wyczerpać wszystkie uroki, czary i cuda 
tej .ziemi. 
Kiedy w ciemnych nocach straszą srebrne topole po 
drogach, gdyby widma, w białe płachty przyodziane! 
Kiedy z nad Gopła powstają opary wodne i srebrną 
mgłą rozściełają się po łąkach, a z chałup torfiarzy płynie 
poprzez te morza mgieł, biedne chore światło! 
Kiedy mgła się wznosi i roztapia w mżącym dżdżu - 
o! to już za wiele - to tylko zwolne rozpływanie się cze- 
goś, co było zgęszczonem, to tajanie jakiejś zadumy, a w du- 
szy uwalnia się coś i skrapla w długie perliste łzy i spada 
na dno duszy, jedna perła za drugą, coraz smutniej, coraz 
boleśniej, o Boże! 
A cały świat staje się jedną bolesną, straszną tęsknotą 
i w każdej łzie się odbija i z nią razem w jakieś przepastne 
ciemnie spływać się zdaje. 
To płacz bez jęku - płacze się, a żaden muskuł twa- 
rzy nie zdradza, że się płacze. Płacze się długimi sznurami 
szklistych pereł w swoje własne serce. 
A gdy nadejdą jesienne noce księżycowe, kiedy nagie 
rżyska świecą się jak olbrzymia podeszwa gęstym srebrnym 
gwożdziem nabita. Kiedy zalega tak straszna cisza, że zdaje 
się, że świat cały na chwilę przestał się kołować w swych 
błędnych kręgach, kiedy świat cały zdaje się być zatopionym 
w jakiejś strasznej a rozpacznej zadumie, wtedy wszystko 


MI - lIldi:ie I.
		

/img075_0001.djvu

			66 


naokoło staje się dziwnie strasznem. i grożnem, i prze- 
rażJiwem. 
Głos zamiera, jakby go coś ogłuszało - czuje się coś 
- ponad sobą, co krzyczy za wyzwoleniem, a wyzwolić się 
nie może; coś, co czatuje, co gotowe do skoku, a poza 
sobą jakieś ciche, powłóczyste kroki - tuż, tuż za plecami 
już chwyta, już obejmuje kleszczami pierś i strach! - strach! 
To strach strasznej rezygnacyi, w której człowiek czuje 
się bezsilnym i bezopornym. Teraz się pojmuje dopiero, 
co jest wiecmość, co nieskończoność i to, co jest najstra- 
szliwsze : czem jest śmierć. 
I na tej ziemi rozsiadł się piękny krzepki lud z wszyst- 
kiemi przywarami i cnotami ludu polskiego, ale to wszystko 
jest niezmiernie spotęgowane. 
Lud ten zacięty, obdarzony jest jakąś dziką energią, 
która raczej jest tylko pewnem fataJistycmem poczuciem, że 
tak a nie inaczej być musi, ma przedewszystkiem jedną 
charakterystyczną cechę: jakąś dziwną melancholię. Zdaje się, 
że te bagna, te błota, te czarne mokre torfowiska wyzie- 
wają z siebie ten jad nieokiełznanej tęsknoty i melancholii. 
szary smutek częstych deszczów przesiąka duszę aż do dna, 
a włóczące się leniwie chmury ołowianego nieba stłaczają 
z serca radość i wesele. 
I z tej melancholii krzewią się bujnie wszelkie złe in- 
stynkty: ponura zaciekłość, uporczywa hardość i dziwny 
pOciąg do zguby, upadku, zniszczenia. 
Chłop kujawski nie zna w niczem miary. Jak pocznie 
pić, to tak doszczętnie, dopóki na dziady nie wyjdzie jak 
się na kogoś zacietrzewi, to prędzej nie ustanie, dopóki go 
z kretesem nie zniszczy; jak mu się raz noga pośJiżnie, to 
przysiądzby można, że sobie już łeb ukręci. 
Pomnę ich wszystkich. 
Podupadli i zubożeli, bo duma ich i buta i jakiś we- 
wnętrzny trawiący smutek doprowadził ich do ruiny - tak 
samo piękny i krzepki ród Słabęckich, mądrych Posadzych, 
przebiegłych Musiołów - pomnę i tego Rusztyka, co się
		

/img076_0001.djvu

			67 


na Pana Boga pogniewał i aby mu wyrządzić wielką znie. 
wagę orał pole pod kościołem podczas procesyi Bożego 
Ciała. Przybyszewski l). 


Srnl Z Lubartowa. 


Było to w roku... ale mniejsza o rok, dość, źe było, 
a było w Jakucku w początku listopada, w kilka jakoś mie- 
sięcy po moim przyjeździe do tej stolicy mrozów. 
Ciepłomierz spirytusowy Reaumura wskazywał 35 sto- 
pni zimna. Ze strachem więc myślałem o przyszłym losie 
mego nosa i uszu, które jako niedawno przywiezione z za- 
chodu, dotąd zawsze dotkliwie dla mnie znaczyły swój pro- 
test cichy przeciw aklimatyzacyi przymusowej. 
Po drugiej stronie dość wązkiej ulicy, na której mie- 
szkałem, nie było widać ani jednego budynku; gęsta mgła 
śnieżnych kryształów jak chmura, zawisła nad ziemią. Z poza 
mgławicy tej nie wyzierało już słońce; ale, chociaż na ulicy 
żywej duszy nie było, powietrze, niepomiernie od zimna 
zgęszczone, donosiło ciągle do mych uszu to metaliczne 
dżwięki skrzypiącego śniegu, to huk, rozsadzanych w ścia- 
nach domów grubych bierwion, lub pękającej szerokiemi 
szczelinami ziemi, to podobny do jęku żałosny śpiew Jakuta. 
Widocznie zaczynały się owe mrozy jakuckie, wobec których 
bIednI! najokropniejsze zimna biegunowe, wobec których 
strach jakiś niewypowiedziany ogarnia człowieka, a każdy 
organizm żywy, czując swą niemoc zupełną, choć, skupia się 
w sobie i kurczy, jak pies znędzniały, otoczony zgrają cię- 
tych brytanów, wie dobrze, że to napróżno, że wróg nie- 
ubłagany prędzej, czy póżniej zwycięży. 
Od godziny siedziałem nad rozłożoną robotą: robota 
jednak nie kleiła mi się jakoś, pióro samo wypadało z ręki 
i myśl nieposłuszna wyrywała się daleko poza granice 
śnieżnej mrożnej ziemi. Napróżnom odwoływał się do mego 


l) Prz.ybyszewski __ Z kujawskiej gleby. 


5'
		

/img077_0001.djvu

			6S 


rozsądku, l1apróźnom powtarzał sobie po raz dziesiąty rady 
lekarza; dotąd, trawiącej mnie od kilku tygodni chorobie, 
stawiłem jaki taki opór, dziś czułem się zupełnie ubezwła- 
dniony, bezsilny. Tęsknota za krajem pożerała mnie, trawiła 
nielitościwie. 
Precz więc mrozy i śniegi, precz rzeczywistość jakucka! 
Rzuciłem pióro i otoczony chmurami dymu tytoniowego, 
puściłem wodze rozgorączkowanej wyobrażni. 
Więc i poniosłaś mnie swywolna! 
Przez tajgi i stepy, przez góry i rzeki, przez carstwa 
i ziemie niezliczone, pomknęła myśl lotna na daleki zachód, 
roztaczając przedemną czary prawdziwe: n
dzy i złości ludz- 
kiej pozbawione, piękna i harmonij pełne moje niwy nad- 
brzeżne. Ustom mym dziś nie opowiedzieć, pióru nie opisać 
tych czarów! 
Widziałem łany pozłociste, łąki szmaragdowe. lasy stare, 
dawne dzieje mi szemrzące. 
Słyszałem szum fal kłosistych, gwar bożych piewców 
skrzydlatych, rozhowor dębów olbrzymów, hardo wichrom 
urągających. 
I napawałem się wonią tych lasów balsamicznych i tych 
pól kwiecistych, ubarwionych dziewiczą świeżością chabrów 
niebieskich, krasą wiosny - fiołkiem niewinnym. 
Każdy mój nerw czuł muskanie powietrza rodzinnego. 
Czułem ożywcze działanie promieni słonecznych, a choć na 
dworze mróz zgrzytał jeszcze wścieklej i coraz grożniej 
szczerzył do mnie na szybach swe zęby, krew jednak żywo 
zakrążyła w mych żyłach, zapalała głowę, i jak zaklęty, 
zapatrzony, zasłuchany, nie widziałem i nie słyszałem już 
nic około siebie... 
Nie widziałem i nie słyszałem, jak drzwi się otwarły, 
i wszedł ktoś do mnie, nie spostrzegłem kłębów pary, bu- 
chających tu za każdem drzwi otwarciem w takiej ilości, że 
wchodzącego i nie dojrzysz Odrazu; nie czułem zimna, które 
z jakąś bezczelną, rozmyślną natarczywością wrywa się tu 
do ludzkiej siedziby; nie widziałem i nie słyszałem nic i do-
		

/img078_0001.djvu

			69 


piero, gdym poczuł blizko siebie człowieka, wprzód zanim 
go dojrzałem, mimowoli rzuciłem mu zwykłe w Jakucku 
pytanie: 
- Toch nado?l) 
- To ja, proszę pana, z miełoczami torguju') 
- brzmiała odpowiedź. 
Podniosłem oczy. Nie wątpiłem, że przedemną, pomimo 
wpakowanego nań przeróżnego ubrania, skór bydlęcych 
i jelenich, stał typowy, małomiasteczkowy żyd polski. Kto go 
widywał w .Łosicach lub Sarnokach, ten pozna go nietylko 
w jakuckich, lecz i w patagońskich skórach. Poznałem go 
przeto odrazu. Żyd postał trochę, następnie odwrócił się, 
cofnął ku drzwiom i pospiesznie zaczął ściągać z siebie 
przeróżną swą odzież. 
- Bój się Boga, człowieku, co robisz?! - zawołałem 
żywo. Nic nie kupuję, nic mi nie potrzeba, nie rozbieraj się 
napróżno i ruszaj z Bogiem dalej. Żyd przestał się rozbierać 
i pomyślawszy chwilkę, wlokąc za sobą napoły ściągniętą 
d O c hę"). zbliżył się do mnie i głosem urywanym, prędko 
i bezradnie tak mi prawić zaczął: 
- To nic, ja wiem, że pan nic nie kupi. Widzi pan, 
ja tu dawno już jestem, bardzo dawno... Ja dotąd nie wie- 
działem. że pan przyjechał. Pan z Warszawy przecie? Wczo- 
raj mi dopiero powiedzieli, że pan tu już cztery miesiące 
przeszło. Co za szkoda, żem się tak późno dowiedział! 
Byłbym zaraz przyszedł. Dziś szukałem pana z godzlnQ; 
byłem aż na końcu miasta, a tu mróz taki, niech go dyabli 
wezmą!... Niech pan pozwoli, ja długo przesz
adzać nie 
będę, kilka słówek tylko... 
- Cóż ty chcesz odemnie? 
- Ja tylko chciałbym trochę pogadać z panem. 
Poprosiłem go uprzejmie, aby się rozebrał i usiadł. Żyd 


t) Czego potrzebaP pierwsze słowa jakuckie. 
S) Drobiazgiem ha.ndluj
. 
S) Oqziez wierzchnia zi.n:)..owa ze sk6r jelenich lub bydl
cych,
		

/img079_0001.djvu

			70 


widocznie ucieszony, po chwili już siedział koło mnie i teraz 
mogłem mu przyjrzeć się uważniej. 
- Powiedzże mi, skąd jesteś, jak się nazywasz, co tu 
porabiasz i czego chcesz odemnie ? 
- Jestem, proszę pana, Srul z Lubartowa, może pan 
dobrodziej wie, to zaraz koło Lublina; nu, bo u nas wszyscy 
myślą, że to bardzo daleko, dawniej i ja tak myślałem, ale 
teraz, dodał z przyciskiem, to my wiemy, że Lubartów od 
Lublina bardzo blizko, zaraz koło niego. 
- A dawno tu jesteś? 
- Bardzo dawno, trzy lata bez mało. 
- To przecież nie tak dawno przecie, są tacy, co po 
20 lat przeszło tu mieszkają, a w drodze spotkałem staru- 
szka z Wilna, co blisko 50 lat tu mieszka; ci rzeczywiście 
są dawno. Ale Żyd mnie ofuknął: 
- Jak oni, to ja nie wiem; ja wiem, że jestem tu 
bardzo dawno. 
- Zapewne sam tylko jesteś, jeżeli ci czas tak długim 
się wydaje? 
- [ z żoną i z córką; miałem CZW0rG dzieci, kiedy tu 
szedłem, ale to podróż taka, niech Bóg zachowa, szliśmy 
rok cały; pan nie wie, co to etapy?... Troje dzieci mi od- 
razu umarło... w jednym tygodniu, to jakby odrazu. Troje 
dzieci! Łatwo powiedzieć... nawet pochować nie było gdzie, 
bo cmentarza naszego tam nie ma... Ja husyd jestem, dodał 
ciszej, pan wie, co to znaczy... zakonu pilnuję i Bóg mnie 
tak Karze... 
I umilkł wzruszony. 
- Mój kochany, w taldem położeniu trudno już o tern 
myśleć, wszystko to jedno, przecie ziemia boża wszędzie- 
starałem się go choć czemko!wiek pocieszyć, ale żyd sko- 
czył jak oparzony. 
- Boża! jaka boża, co za boża! co pan mówisz? to 
psia ziemia! Tfu! tfu! Boża ziemia? Nie mów pan tak, wstydż 
się pan! Boża ziemia, co nigdy nie rozmarza? To przeklęta
		

/img080_0001.djvu

			71 


ziemia! Bóg nie chce, żeby tu ludzie mieszkali: żeby On 
chciał, nie byłaby taką. Przeklęta, podła! Tfu! tfu! 
I zaczął pluć koło siebie i tupać nogami; z zaciśniętemi 
ust y, skurczonymi palcami groził niewinnej ziemi jakuckiej, 
szeptał jakieś przekleństwa żydowskie, aż zmęczony wysił- 
kiem, upadł raczej, niż usiadł na stołku koło mnie. 
Czekałem, aż się uspokoi. Wychowany w twardej szkole, 
żyd prędko przyszedł do siebie, prędko owładnął wzrusze- 
niem i gdym po chwili spojrzał mu pytająco w oczy, od- 
powiedział mi natychmiast: 
- Niech pan daruje, ja z nikim o tern nie mówię, bo 
z kim tu mówić? 
- Albo Żydów tu mało? 
- Czyż to Żydzi, panie? to już tacy, jak tutejsi... za- 
konu nikt nie pilnuje. 
Bojąc się jednak nowego wybuchu, nie dalem mu już 
skończyć, postanowiłem skrócić rozmowę, i zapytałem wprost, 
o czem to on chciał ze mną pogadać. 
- Chciałbym się dowiedzieć, co tam słychać, panie? Tyle 
lat tu jestem i jeszcze nigdy nie słyszałem, co się tam dzieje. 
- Kiedy pytasz trochę dziwnie, nie mogę ci przecież 
opowiedzieć, odrazu wszystkiego; nie wiem, co cię interesuje, 
polityka może? 
Żyd milczał. 


. - - . . . . . - . . . . . . . . . . . . . 


- Kiedy ja nie wiem, proszę pana, jak to powiedzieć. 
Widzi pan, jak tak nieraz myślę, myślę, że aż Ryfka, to 
moja żona tak się nazywa, pyta się: "Srul, co tobie?" A co 
ja jej mam powiedzieć, kiedy ja sam nie wiem, co mi jesl. 
Bo to może nawet i ludzie śmieliby się ze mnie? - dodał, 
jakby badając, czy i ja zeń się śmiać nie będę. 
Ale ja się nie śmiałem. Byłem zaciekawiony - widocznie 
go bolało coś, z czego sam sobie sprawy zdać nie umiał 
i wypowiedzenie czego w języku, którym władał nadzwyczaj 
słabo, było dlań jeszcze trudniejszem. Aby dopomódz mu, 
uspokoiłem go, żeby się nie spieszył, że robota moja nie-
		

/img081_0001.djvu

			72 


pilna, nic na tern nie straci, jeżeli pogadamy z godzinę itd. 
Żyd podziękował mi wzrokiem i po krótkim namyśle roz- 
począł tak rozmowę: 
- Kiedy pan wyjechał z Warszawy? 
- Podług ruskiego kalendarza w końcu kwietnia. 
- A czy wtedy tam zimno było, czy ciepło? 
- Ciepło zupełnie, jechałem z początku w letniem 
ubraniu. 
- Nu, patrz pan? A tu mróz! 
- Cóżto zapomniałeś, czy co, przecież w kwietniu pole 
już u nas zasiane, wszystkie drzewa zielone. 
- Zielone? radość błysła w oczach Srula - a tak, 
tak zielone, a tu mróz! 
Teraz już wiedziałem, o co mu chodzi; chcąc się upe- 
wnić, milczałem; żyd ożywił się widocznie. 
- Nu, niech mi pan powie, czy jest u nas teraz... tylko, 
ot widzisz pan, nie wiem już, jak się nazywa, już po polsku 
zapomniałem - tłumaczył się zawstydzony, jak gdyby umiał 
kiedy - to jest białe takie jak groch, tylko nie groch, koło 
domów w ogrodach latem, na takich wielkich kijach? 
- Fasola? 
- A to właśnie! Fasola, fasola - powtórzył sobie 
kilkakrotnie, jak gdyby chciał wrazić sobie to słowo na 
zawsze. 
- Rozumie się, jest i dużo, a tu czyż nie ma? 
- Tu przez całe trzy lata ani jednego ziarnka nie widzia- 
łem, tu groch taki, co u nas, z przeproszeniem tylko... tylko... 
- Świnie jedzą - podpowiedziałem. 
- Nu tak! Tu na funty sprzedają i nie zawsze dostać 
można. 
- Czy tak lubisz fasolę? 
- Nie to, że lubię, ale to właśnie, ja sobie tak nieraz 
myślę o tern, bo to ładnie przecie, nie przymierzając, jakby 
lasek rośnie wedle domu. Tu nic nie ma. 
- A teraz, zaczął znowu - teraz niech mi pan powie, 
czy w zimie są u nas jeszcze małe, ot takie - i na palcu
		

/img082_0001.djvu

			73 
pokazywał 
 szare takie ptaki? Także zapomniałem, jak to 
się nazywa. Dawniej dużo ich było! Bywało modlę się koło 
okna, a tego maleństwa, jak mrowia się nazbiera. No, ale 
ktoby tam na nich patrzył? Wie pan co, nigdybym nie wie- 
rzył, że o nich kiedy myśleć będę! Bo tu, tu wrony nawet 
uciekają na zimę, to maleństwo takie tembardziej nie może 
wytrzymać, ale u nas pewnie są jeszcze? Nu, panie, są? 
Ale teraz ja mu nie odpowiadałem, nie wątpiłem dłużej, 
że żyd stary, chasyd fanatyczny, tęsknił za krajem tak samo, 
jak i ja, że obaj jesteśmy chorzy na jedną chorobę; nie- 
spodziane takie znalezienie współkolegi cierpienia, rozrze- 
wniło mnie wielce, wziąłem go więc za rękę i sam z kolei 
zapytałem: 
- Więc to o tern ze mną pogadać chciałeś? Więc ty 
nie myślisz o ludziach, o swej doli ciężkiej, o biedzie, która 
cię gniecie, lecz tęsknisz do słońca, powietrza, ziemi rodzin- 
nej? Myślisz o polach, łąkach i lasach, o ich mieszkańcach 
bożych, których w życiu swem biednem nie miałeś nawet 
czasu dobrze poznać, i dziś, gdy obrazy miłe znikają z twej 
pamięci, boisz się pustki, która cię otoczy, sieroctwa wiel- 
kiego, które cię dotknie, gdy się zatrą drogie wspomnienia? 
Chcesz, żebym ci je przypomniał, odświeżył, chcesz, abym 
ci opowiedział, jaką jest ziemia nasza? 
- O tak, panie, tak, panie! po to tu przyszedłem... 
i ściskał me ręce, i śmiał się, jak dziecko, radośnie. 
- Słuchajże, bracie! 


. . . . . . . . . . . . . . 


I słuchał mnie Srul, cały w słuch zamieniony, z otwar- 
temi usty, wlepionym we mnie wzrokiem; wzrokiem tym 
palił mnie i podniecał, wyrywał mi słowa, chwytał je spra. 
gniony i kładł głęboko, na dnie swego serca gorącego... 
Kładł tam, nie wątpię, bo gdym kończył swą opowieść: 
o wej mir, o wej mir! zajęczał żyd boleśnie, zatrzęsła się 
broda ryża i łzy duże, łzy czyste, potoczyły się po znędz- 
niałej twarzy... I długo szlochał chasyd stary i ja płakałem 
z nim ra
m,
		

/img083_0001.djvu

			74 


Dużo wody od iego czasu upłynęło w zimnej Lenie 
i łez ludzkich niemało zapewne spłynęło po twarzach zbo- 
lałych. Dotąd jednak, choć to dawno już było, w ciszy no- 
cnej, w czasie nocy bezsennej staje mi przed oczyma zżółkła 
i pomarszczona, łzami czystemi oblana, twarz Sm la. I gdy 
wpatruję się dłużej w to widziadło nocne, nieraz zda mi się, 
widzę, jak się poruszają blade i drżące wargi żyda i głos 
cichy, rozpaczliwy szepce koło mnie: "O Jehowo, czemuś 
taki niemiłosierny dla jednego z najwierniejszych Twych 
synów?! Adam Szymański 1). 


Litwo, ojczyzno moja, ty jesteś jak zdrowie, 
ile cię trzeba cenić, ten tylko S;" dowie, 
kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie 
widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie! 
Panno święta, co Jasnej bronisz Częstochowy 
i w Ostrej świecisz Bramie! Ty, co gród zamkowy 
Nowogródzki ochraniasz z jego wiernym ludem, 
jak mnie dziecko do zdrowia powróciłaś cudem, 
gdy od płaczącej matki pod Twoją opiekę 
ofiarowany, martwą podniosłem powiekę 
i zaraz mogłem pieszo do Twych świątyń progu 
iść, za wrócone życie podziękować Bogu - 
tak nas powrócisz cudem na ojczyzny łono !... 
Tymczasem przenoś moją duszę utęsknioną 
do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych, 
szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; 
do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, 
wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, 
gdzie bursziynowy świerzop, gryka jak śnieg biała, 
gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, 
a wszystko przepasane, jakby wstęgą, miedzą 
zieloną, na niej zrzadka ciche grusze siedzą 2). 
.fldam 11fickiewicz. 


ł) Adam Szymański "Szkice". 

 Pan Tade'Qsz.
		

/img084_0001.djvu

			75 


Idzie zima. 


Nadchodziła zima... 
- jeszcze się barowała z JesIenią i potykujący tłukła 
po sinych dalach, jako ten zwierz srogi i głodny, że nie- 
wiada było, kiej przeprze, a skoczy i całymi kłami weżre się 
we świat... 
- jeszcze czasami pruszył śnieg nikły, płowy - jesienny 
śnieg 
- jeszcze przychodziły dnie osłupiałe, chorością sine, 
ckne, stękliwe, oropiałe i zgoła lamentem przejęte, a lodo- 
wem światłem mżące - dnie trupie, że ptactwo z krzykiem 
uciekało do borów, trwożniej bełkotały wody i toczyły się 
leniwo jakby strachem stężałe, ziemia dygotała, a wszelaki 
stwór podnosił czujące, lękliwe oczy na północ - VI nie 
zgłębioną topie] chmur. 
- Jeszcze noce były jesienne; oślepłe, głuche, zamę- 
tne, a pełno strzępów mgieł i brzasków gwiazd pomarłych- 
rozgnite noce dygotliwego milczenia przenikniętego zduszo- 
nym krzykiem trwogi; pełne wzdychów bolesnych, szamotań, 
nagłych cichości, wycia psów, targań marznących drzewin, 
żałosnych głosów ptactwa, szukającego schronisk, strasznych 
wołań pustek i rozstajów zgubionych w ciemnicy, łopo- 
tów jakichś lotów, cieniów zaczajonych pod ścianami 
zdrętwiałych chat, pełzających hukali, zjaw przerażających 
nawoływań nierozeznanych, mlaskań okropnych, przeszy- 
wających jęków. 
- jeszcze czasami o zachodzie, z posępnych pól oło- 
wianego nieba, wyłupywało się czerwone, ogromne słońce, 
i spadało ciężko, niby kadż roztopionego żelaza, z której 
buchały krwawe wrzątki i biły dymy smoliste, czarne po- 
pręgowane gorejącemi żagwiami, że świat cały stawał w łu- 
nach i pożodze. 
I długo, długo w noc dogasały i stygły na niebie 
krwawe zarzewia, aż ludzie mówili:
		

/img085_0001.djvu

			76 


- Zima rośnie J na złych wichrach przyjedzie. 
I rosła zima, rosła codzień, co godzina, co to oczymgnienie. 
Aż przyszła. 
A najrychlej przyleciały zapowiednie wici. 
Jakoś wnet po św. Barbarze, patronce dobrej śmierci, 
o cichem, omdlałem zaraniu, spadły pierwsze krótkie, trze- 
potIiwe wiatry; obleciały ziemię ze skowytem, jako te psy 
węszące tropu, gryzły zagony, warczały w krzakach, po- 
szarpały śniegi, potarmosiły sady, poomiatały ogonami 
drogi, wytarzały się po wodach, i milczkiem urwały kajś 
nie kajś co starszych strzech i ogrodzeń i jęły się zwijać 
a ze skomleniem uciekać na bory, - a po nich zaraz na 
odwieczerzu, zaczęły wysuwać się z mroków długie świ- 
szczące i jakoby kolczaste jęzory wichrów. 
Wiały noc całą, a tak zasię skowyczały w polach, kiej 
to stado zgłodniałych wilków; a huczały rzetelnie, bo ano 
rankiem ziemia już dropiała z pod stratowanych i wyżartych 
śniegów, gdzieniegdzie ino po dołkach i bfl1zdach bieliły się 
poszarpane płoty, a zagony świeciły łysicami, drogi leżały 
skostniałe i przemarzłe, mróz zaś wżerał się ostrymi kłami 
w ziemię, że dzwoniła jak żelazo; ale skoro dzień nastał, 
uciekły poszczekując, pokryły się w lasach i w przyzwycza- 
jeniu dygotały skokiem napiętym, złym. 
A niebo się poczęło zaciągać coraz mroczniej; chmury 
wypełzały ze wszystkich jam, podnosiły potworne łby, prze- 
ciągały zgniecione kadłuby, rozwichrzały sine grzywy, zielo- 
nawymi kłami błyskały i szły całem stadem - grożną, po- 
nurą i milczącą ciżbą zwaliły się na niebo; - szły od pół- 
nocy czarne, olbrzymie góry, postrzępione, podarte, spiętrzone, 
rosochate niby kupy borów podruzgotanych. przerwanych 
głębokiemi przepaściami, zasypanych zielonemi ławicami 
lodów, a parły się naprzód z dziką mocą, z głuchym po- 
szumem; od zachodu, z za borów czarnych, niefl1chomych 
wysuwały się z wolna sine, obrzękłe zwały, prześwistujące 
gdzieniegdzie jakby ogniem, a szły jedna za drugą, rzędem 
nieskończonym, ciągiem coraz większym, jakoby te klucze
		

/img086_0001.djvu

			77 


ptaków wielgochnych; zaś od wschodu, wywlekały się chmury 
płaskie, zrudziałe, przedwieczne, przeropiałe, zgoła paskudne, 
kieby te ścierwa przegnite i ociekające posoką; i od połu- 
dnia szły, ino że zwietrzałe, czerwonawe, podobne do ba- 
jorów i trzęsawisk torfowych, a pełne pręg i gruzłów sinych, 
pełne plam i rojowisk strasznych - jakby pełne tego gme- 
rzącego robactwa; a jeszcze i z góry, jakby z wygasłego 
słońca spadały kłakami brudnymi, to sypały się barwione 
jako te żużle stygnące - a wszystkie szły na siebie, sto- 
żyły się w góry przeogromne i zalały niebo czarnym, stra- 
sznym kipiątkiem błota i rumowisk... 
Świat z nagła poczerniał, cisza się uczyniła głucha, 
przygasłe światłości, sine oczy wód pomdlały, wszystko 
jakby zdrętwiało i stanęło w zdumieniu z przytajonym tchem, 
jęk wionął po ziemi, mróz przenikał kości, strach chycił za 
gardziele, dusze padły w proch, lute przerażenie załopotało 
nad wszelkiem stworzeniem - widać było, jak zając gnał 
przez wieś z rozwianą sierścią. to wrony z krzykiem przej- 
mującym wpadały do stodół albo i zgoła do sieni, psy 
wyły po przyzbach jak oszaJałe, ludzie chyłkiem uciekali do 
chałup, a nad stawem biegała ślepa kobyła z resztką wozu, 
tłukła się o płoty, o drzewa i z dzikim kwikiem szukała stajni. 
Ciemnica się rozlewała mętna, dusząca: chmury opa- 
dały coraz niżej, zwalały się z lasów rozkotłowaną gęstwą 
tumanów i toczyły się po zagonach jak te wody wzburzone, 
rozhukane, straszne - uderzyły na wieś i zalały wszystko 
lodowatą, brudną mgłą; - naraz niebo się przedarło na 
środku i zajaśniało modrawo niby lustro studzienne, świst 
ostry przeszył ciemności, mgły się kłębiły z nagła, a z pę- 
kniętej czeluści lunął pierwszy wicher, a za nim już leciał 
drugi, dziesiąty, setny! Wyły już stadami, lały się z tej gar- 
dzieli, niby rzeki niczem nie powstrzymane, rwały się jakby 
z łańcuchów i rozskowyczoną, wściekłą zgrają biły w chmury, 
rzucały się na ciemnice i rozwalały je do dna, przeżerały 
na wskroś i rozmiatały niby tę słomę strupieszałą.
		

/img087_0001.djvu

			78 


VJrzask poszedł po świecie, zamęt, szumy. świsty, ku- 
rzawa. 
Chmury stratowane ostrymi kopytami wichrów, uciekały 
jakby chyłkiem na bory i lasy, niebo się przecierało, dzień 
znowu zaświecił ołowianemi oczami, stwór wszelki odetchnął 
z ulgą. 
Ale wichry wiały wciąż, bez mała całą niedzielę, a bez 
folgi żadnej, ni przestanku. Dnie, to tam jeszcze jako tako 
człowiek strzymać wstrzymał, że to ino ci się wiedli na 
świat, kogo potrzeba gnała, drugie zaś po chałupach sie- 
dzieJi, i końca wyglądali, a1e noce były nie do wytrzymania, 
a przyszły akuratnie jasne, rozgwiażdżone, i w górze ciche; 
ino na ziemi wichura odprawiała dyabelskie gody, jakby 
się naraz ze sto chłopa obwiesiło, że i zasnąć nie było 
można, jakiż, kiej szły takie ryki, trzaski, łomoty i hurko- 
tania, jakby tysiące pustych wozów, w pędzie największym 
przejeżdżało po grudzie, a te tętenty, od których ziemia drżała, 
a te hukar.ia Bóg wie czyje, te wrzaski, te wycia. Chałupy 
trzeszczały, bo raz wraz, wichura parła barami ścia!1Y, tłu- 
kła się o węgły, podważała okopy, za przyciesie się brała, 
w drzwi tłukła jakby łbem, że niejedne puściły; szyby 
gnietła, aż trza było wśród nocy wstawać i przytykać podu- 
szkami, bo darła się do wnętrza z kwikiem kiej ta świnia 
uprzykrzona, a tak prażyła ziębem, iż ludzie pod pierzy- 
nami, a kostnieli! 
Co się naród nacierpiał przez te dnie i noce, to i nie 
wypowiedzieć! 


A wichry wciąż jednakowo wiały i gryzły mrozem coraz 
krzepciej, że już od tej wiejby pozamarzały rzeczki i strugi. 
bagna stężały, staw nawet pokrył się przejrzystym, modrym 
prawie lodem, tyle, że ino przy moście, gdzie głębiej było, 
woda się jeszcze burzyła i nie dawała, ale brzegi leżały już 
skute na moc, że trzeba było przyręble ciąć dla wodopojów. 
Dopiero przed samą św. Łucyą przyszła odmiana. Mróz 
sfolżał, i ociepliło się żdziebko, wichry jakby zdychały, bo
		

/img088_0001.djvu

			79 


ino od czasu do czasu przedmuchnęły świat, aJe już miętsze, 
i nie tak swarliwe, niebo zaś się wyrównało kieby to pole 
zbronowane. a pokryte wielgochną siwą, zgrzebną płachtą, 
a tak nizko się opuściło, iż jakby się na przydrożnych topo- 
lach wsparło. Ale posępnie było, szaro i głucho. 
A skoro jeno przedzwonili na południe, zmroczało się 
nieco i jął padać śnieg dużemi płatami, a sypał gęsty, bo 
wnet opierzył wszystkie drzewa i wyniosłości. 
Noc się rychlej zrobiła, ale śnieg nie przestawał, sypał 
coraz gęściej, suchszy nieco, a sypki i tak już przez catą 
noc padał. 
Na świtaniu, było już śniegu na dobre trzy piędzie, do 
cna przykrył kożuchem ziemię i przesłonił świat cały mo- 
drawą białnością, a leciał wciąż, bez przestanku. 
Taka cichość padła na ziemię, że ani jeden powiew nie 
zadrgał, ani jeden dźwięk się nie przedzierał wskroś tych 
spływających puchów, nie, zamilkło wszystko, ogłuchło, 
oniemiało, jakby przed cudem stanęło i przychylone nieco 
zasłuchało się uroczyście w tym ledwie wyczutym szeleście, 
w tym locie cichym, w tej białości martwej, rozdrganej, 
i opadającej nieustannie. 
Biaława ćma się czyniła, rosła, stawała; biały, migo- 
tliwy, niepokalany brzask sypał się, by ta wełna najbielsza, 
najmiększa, najśliczniejsza, snuły się gęstwą nieprzeliczoną, 
by ta zamarzła poświata, jakoby wszystkie gwiazdy światłości 
zaskrzepły w szron i starte lotem podniebnym na proch- 
świat zasypywały - przysłoniły się rychło bory, przepadły 
pola, że ani okiem uchwycić, zginęły drogi, roztopiła się 
wieś cała i wsiąknęła w tę białość w ten oślepiający tuman, 
a w końcu nie było już dla oczów nic widne, prócz tych 
strug śnieżystego pyłu, spływającego tak cicho, tak równo, 
tak słodko, kiej te wiśniowe okwiaty w noc miesięczną. 


l tak sypało dwa dni i dwie nocy, że w końcu zasy- 
pało chałupy, iż się wznosiły jako te śniegowe kopce, bu- 
chające brudnymi kołtunami dymów, drogi się wyrównały
		

/img089_0001.djvu

			80 


z pola.'11i, sady były pełne po wręby płotów, staw całkiem 
zaginął pod nawałą; biała równia, nieobjęta, chłodna, nie- 
przenikniona, puszysta i cudna pokryła ziemię, a śnieg wciąż 
padał, tylko że już coraz suchszy i rzadszy, bo nocami 
przedzierały się gwiezdne migoty, a w dzień modrzało niebo 
gdzieniegdzie wskroś tych polatujących pażdzierzy białych 
i powietrze stawało się słuchliwsze, głosy darły się ostro 
przez gęstwę, rażno, hukliwie. 


Wł. St. Reynwnt l ). 


Co k8ięiyc widzial. 


Noc. Piękny las świerkowy i bukowy stoi na wybrzeżu 
świeży i wonny, prześliczny, ulubione miejsce schadzek ty- 
siąca słowików. Stopy jego podmywa morze, oddzielone 
tylko szerokim gościńcem, po którym od czasu do czasu 
toczy się powóz lub karetka pocztowa. W tern mrocznem 
ustroniu jest jakiś starożytny grobowiec, wśród którego gła- 
zów rosną bujne ciernie i głogi. Jeżeli gdzie, to tu właśnie 
odczuć można duszę natury. 
I w jakiż sposób ją ludzie odczuwają? Wczoraj prze- 
konałem się o tern. Dwóch bogatych panów przejeżdżało 
tamtędy konno. 
- Co za przepyszne drzewa - rzekł jeden. 

 Rzeczywiście - odpowiedzial drugi, będzie ze cztery 
sążnie drzewa opałowego z każdego. Ciężka zima nas czeka 
- a w zeszłym roku dawano po dziesięć dukatów za sążeń. 
I pojechali. Po chwili nadjechała karetka pocztowa. 
Wszyscy pasażerowie spali. Pocztylion grał na trąbce i my- 
ślał tylko o tem, jak dobrze grać umie, i jak ładnie dźwięk 
trąbki odbija od drzew i czy jadący w karetce należycie grę 
jego oceniają. 
- Jaka podła tu droga - mówił inny podróżny. 


l) Chłopi. Tom II.
		

/img090_0001.djvu

			81 


- To wina tych przeklętych drzew - odparł jego towa- 
rzysz - tu tylko od morza wiatr dmuchać może. 
Pojechali dalej. 
Woń kwiatów napełniała powietrze, naj lżejszego nie 
było wietrzyku. Ciemne sklepienie niebios zdawało się zIe- 
wać z szafirowem morzem. Gościńcem toczył się powóz, 
trzech pasażerów spało, jeden był głęboko zamyślony 
o swych konkurach, piąty zwrócił się do woźnicy z zapy- 
taniem, czy z kurhanem nie wiąże się jakie podanie. "Ee 
nie, odrzekł woźnica, taka sobie zwyczajna kupa kamieni- 
miejsce to ma znaczenie tylko dzięki tym drzewom". 
- Dlaczego? - pytał dalej podróżny. 
- Bo widzi pan zimą bywają tu takie zaspy, że nie 
widać drogi, a wtedy drzewa te wskazują mi, którędy mam 
jechać' Kieruję się niemi, aby w morze nie wpaść - dla- 
tego godne są uwagi. 
Następnie zjawił się malarz. Ten nie mówił nic, lecz 
minę miał zadowoloną - zaczął po!(wizdywać. Słowiki gło- 
śniej zaśpiewały. 
- Cicho bądźcie - krzyknął rozgniewany. Potem pilnie 
badał grę cieni, barw i przejście z jednego odcienia w drugi. 
"Kapitalny będzie obraz", - pomyślał - ale dusza jego wobec 
tej cudnej natury, wobec krajobrazu, którego uczył się na 
pamięć, aby go odtworzyć - powstała (ównież nieczułą, 
jak zwierciadło odbijające pierwszy lepszy przedmiot. Bada- 
jąc swój temat malarski - obojętnie gwizdał aryę Rossi- 
niego. 
W końcu przyszła uboga dziewczyna, położyła swój 
ciężar na ziemi i siadła, aby na kurhanie odpocząć. 
Łagodną swą i bladą twarzyczkę zwróciła w stronę 
gaju, jakby nadsłuchując cichych jakichś szeptów. Oczy jej 
rozpromieniły się, spojrzała na niebo, na ziemię. Nie rozu- 
miała uczuć, poruszających jej duszę, lecz chwile te uro- 
czyste, cudowne objawienie natury, żywiej i prawdziwiej 
wyryły się w jej pamięci, niżeli pędzel artysty byłby w stanie 
przedstawić to na płótnie. 


II,. -lł!.d,!:ie L
		

/img091_0001.djvu

			82 


Promienie moje towarzyszyły jej w dalszej wędrówce, 
dopóki jutrzenka nie zaświtała na niebie. 


Anaer."len. 


W wieczornej cilizy. 
Wschodzący księżyc wysunął olbrzymią, ogniem zalaną 
tarczę, rzekłbyś, że sioła i lasy płoną. Ruch pracy ludzkiej 
ustaje, jak się to zwykle mówi. A przecież jest to tylko 
inna forma i pracy i życia. Jedynie warunki niektóre zmie- 
niły się dokoła. Mroczno, chłodnawo i spokojniej, niż we 
dnie. Na niebie gwiazdy pełzają. Ale nie każdy śpi w nocy 
i nie każdy w dzień czuwa. Jeżeli się czujesz być synem 
ziemi, związanym z nią miliardem nici; jeżeli rozumiesz, 
że nic nie ma w tobie, czegoby w niej nie było; że 
wszystkie istoty świata nie są od ciebie oddzielone pustą 
przestrzenią, ale wnikają w ciebie i ty im siebie oddajesz; 
jeżeliś przekonany, że te istoty są niejako organami oraz 
narządami twego życia, twej myśli najwznioślejszej i twoich 
najszczytniejszych uczuć, więc pójdż ze mną, ktokolwiek 
jesteś, w zakątek jeden tej wielkiej matki ziemi, w zakątek 
cichy i spokojny. Nie zatrzymamy się w kraju, gdzie po- 
marańcza i cytryna kwitnie, ale przyjrzymy się siołu O bie- 
dnych słomianych i lepionych chatach. Nie przechodzi tędy 
żaden wielki trakt świata, ale przecież mała drożyna łączy 
i to sioło z bursztynowymi gościńcami. Nie pieni się tutaj 
swemi falami olbrzymia rzeka, lecz i wąska struga posyła 
także wodę do dalekiego morza. Wiatry, które wzruszyły 
cedrami na Libanie, lub rozganiały statki po oceanach przy- 
pływają także w te strony. Po niebie toczą się chmury, 
które promienie słońca z dalekich mórz wyssały. To samo 
słońce grzeje też i oświeca wszystkich ziemian; jeden księ- 
życ toczy się dokoła ziemi. Z jednego punktu na drugi 
przenoszą się atomy tego, co stanowi życie, przelewają się 
one, przepływają, toczą się, przechodzą i odchodzą. Nikt 
nie wie, dokąd popłynęła uroniona łza boleści i szczęścia.
		

/img092_0001.djvu

			83 


Ona jednak nie zmarniała jak i uczucie, co ją wywołało. 
Nikt nie objaśni, jakie są losy westchnienia, którę ci tę- 
sknota wydarła z piersi, a wiatr je porwał i uniósł w prze- 
stwory, aby cię połączyć z całą przyrodą, aby to westchnie- 
nie wrzucić w jej łono i zapłodnić ją także przez tę zmianę. 
Uczucia, myśli, życie całe oddajemy przyrodzie, która to 
wszystko w obiegu kołowym rozdziela między niezliczone 
miliony istot. Pójdżmy więc do naszego ubogiego sioła, 
aby czerpnąć od przyrody życia, aby jej także oddać cząstkę 
siebie. Jeżeli kto chce, niech to nazwie zaślubinami, wese- 
lem, aktem miłości. My wszelkie nasze łączenie się z ziemią 
i jej stworzeniami nazwiemy koniecznością tylko. Czy ona 
nam coś ze siebie oddaje, czy my dla niej czujemy, myślimy, 
albo działamy, pracujemy na niej, - zawsze fizycznie lub 
moralnie stwierdzamy tylko niedający się rozerwać związek 
nasz z ziemią. 
Mamy noc ze wschodzącym księżycem. Mroki panują 
dokoła. Rzeczka pluszcze, obmywa cząstki ziemi, nieznacznie 
tworzy zatoki, nurtuje dno, zUzuje kamyczki i zabiera wam, 
ludzie, tę ziemię, którą tak miłujecie i swoją być mienicie. 
Po obu stronach obsiadły strugę olchy, kąpią w niej swoje 
korzenie, mgłami jej zraszają swe liście. Białe ćmy przela- 
tują nad powierzchnią wody, z której rybka się czasem wy- 
nurzy, podskoczy, chwyci bezbronnego owada, pluśnie 
i uchodzi ze zdobyczą, ścigana przez współplemienną zgraję. 
Mamy noc ciepłą i letnią; woń młodej wikliny oraz topoli 
balsamicznie rozlewa się w powietrzu. Derkacze i przepiórki 
niezmordowanie głoszą o zajęciu w swoje posiadanie łąk, 
jako też łanów zbożowych. Świerszcze trylowy koncert spra- 
wiają sobie po ogrodach. Z oddaU, gdzieś w sadzie, tę- 
skliwie nawołuje sowa. W górze, jakby duchy ciemności, 
rysują się nietoperze, walczące podczas nocy o życiowe za- 
dania. Czasem niby z procy wyrzucony kamień, przeleci le- 
lek ledwie go okiem uchwycić zdołasz, a już znika w ćmach 
nocnych. Rozkukają się w łąkach po kałużach żaby, a inne 
gwarzą nieustannie na wyścigi ze sobą, choć jedna drugiej 


..
		

/img093_0001.djvu

			84 


przekrzyczeć nie zdoła. Na wieśniaczej stodole stoi bocian, 
kiwa się we śnie, przysiada; czasem maleńkim jego pisklę- 
tom coś się przyśni, zbudzone, prowadzą krótką rozmowę 
z matką, popiszczą i znowu zasną. Może je rozbudziło po- 
szczekiwanie psa z sąsiedniego sioła, co się od czasu do 
czasu odzywa niedbale, jakby zaspany. A stary ojciec bo- 
cian, po łąkach, póżno w noc, za żerem się ugania. Nieraz 
przyleci do gniazda o północy. rozbudzi rodzinę i przy księ- 
życu krótką z nią wszczyna rozmowę. I kur się wtedy za- 
trzepoce na grzędzie, pieje, a za nim kolejno przeróżnymi 
głosy, rozlega się po chatach innych kurów pianie. Zwie- 
rzęta podają sobie nocą hasło pozdrowienia czy czuwania. 
Oto i gęsi podniosły wrzawę, łącząc ją z głosami innych 
stworzeń. 
Po cÓŻ ten ruch, głosy, śpiewy? Trudno podzielać opi- 
nię, że wszystko istnieje na świecie, aby tylko człowiekowi 
uprzyjemnić życie. Pogląd taki jest nietylko powierzchowny, 
ale i szpetny. Żyjemy dla innych stworzeń, podobnie jak 
one żyją dla nas. 


JJyga.siński'). 


Człowiek i przyroda. 


W dali od wzruszeń społeczeństwa ludzkiego, w ciszy 
odosobnienia pozwolono duszy rozmyślać i spostrzegać 
wielkość tego, co niewidzialne, a co objawia się przez rze- 
czy widziane. Daleki szum oceanu, krajobraz samotny, cicho 
uśmiechające się wody, lasy w śnie pogrążone, góry dumnie 
poglądające z wysoka, są to widoczne objawy siły, które 
spoczywają w głębi każdej rzeczy. Nieraz oddawałem się 
rozmyślaniom nad żyjącymi blaskami przyrody i zawsze czu- 
łem, że otacza je niewymowna poezya. Cienie wieczorne, 
spływające po stokach gór, wonie płynące z lasów, głuchy 


l) A. DygasiIiski. Co się dzieje w gwiazdach?
		

/img094_0001.djvu

			85 


a nie ginący szmer oceanu, cisze nocy gwieżdzistych, prze- 
mawiały do mnie wymownie i bardziej przekonywująco niż 
książki ludzkie. W tych chwilach atmosfera przestaje być 
prostą mięszaniną gazów, rośliny nie są tylko zbiorem ato- 
mów węgla i wodoru, wonie nie są już tylko cząsteczkami 
niepochwytnemi, które się wieczorem rozlewają dla zacho- 
wania kwiatów od zimna. wietrzyk nie jest tylko prądem 
powietrza. chmury nie są tylko pęcherzykami pary wodnej, 
przyroda przestaje być tylko pracownią chemiczną lub ga- 
binetem fizycznym, czujemy wszechwładne prawo harmonii 
piękna, porządku, które kieruje pochodem wszechrzeczy, 
które najdrobniejsze istoty otacza instynktowną opieką, która 
starannie pielęgnuje skarb życia w całem jego bogactwie, 
które przez nieustanne odmładzanie, w niezmiernej potędze 
rozwija płodność stworzoną. W całej przyrodzie jest pewien 
rodzaj piękności powszechnej, którą oddychamy, z którą je- 
dnoczy się nasza dusza, jakby cała ta piękność ideowa na- 
leżała wyłącznie do dziedziny inteligencyi. Bo przyroda ma 
nietylko ustrój cielesny ale posiada zarazem życie i duszę. 
Kto naturę widział tylko z jej strony materyalnej, zna ją 
tylko przez połowę. Wewnętrzne piękno rzeczy jest tak pra- 
wdziwem jak i ich skład chemiczny. Harmonia świata jest 
równie godną uwagi, jak jego ruchy mechaniczne. Przyroda 
jest dla nas jestestwem żywem, duchem obdarzonem, więcej 
jeszcze, jest nam przyjaciółką zawsze obecną, przemawia do 
nas swemi barwami, swymi kształtami, swymi dźwiękami, 
swymi ruchami, ma uśmiechy dla radości naszych, westchnie- 
nia dla smutków, współczucie dla pragnień. 
Dziećmi ziemi jesteśmy; :organizm nasz drga wraz ze 
wszystkimi jej ruchami, stanowiącymi życie natury; podziela 
, odczuwa, pozostawia w istocie naszej odgłos głęboki - 
jeżeli życie sztuczne nie spowodowało zaniku naszego - 
dusza nasza odnajduje nieskończoność w przyrodzie; tak, 
natura ma harmonie dla duszy, ma obrazy dla myśli, ma 
dobro dla pragnień ducha. ma czułość dla uniesień serca.
		

/img095_0001.djvu

			86 


Nie jest bowiem obcą, nie 
wimy z nią całość jedną. 


jest od nas oddzieloną, stano- 
Flamarion. 


Początek świata. 


Pytanie o stworzeniu świata, jak się zrodził, jak powstał 
z nicości po wszystkie czasy podniecało ciekawość ludzką. 
Zanim człowiek jeszcze najprostsze objawy tego świata roz- 
poznał, wcześniej aniżeli nauczył się ruchy ciał niebieskich 
śledzić, gdy cała świadomość jego nie przekraczała bezpośre- 
dnich wrażeń zmysłowych, już snuł człowiek rojenia o począ- 
tku świata, wiążąc wszędzie pomysły kosmogoniczne z religij- 
nemi, mitologicznemi swemi wyobrażeniami. Szczupły zasób 
wiedzy pierwotnej nadawał pomysłom tym charakter osobliwie 
ograniczony. Jak drobnym wydawał się świat w przestrzeni, 
tak też i w ciągu czasów nadawano mu byt krótkotrwały. We- 
dług znanej i powszechnie przyjmowanej legendy hebrajskiej, 
świat cały w ciągu sześciu dni stworzony i z nicości naraz 
do pełnego bytu powołany został. a obawa nagłego jego 
końca grozą w każdej chwili przejmowała. Idea przeobrażeń 
stopniowych, powolnego, a ciągłego rozwoju, obcą była 
dawnym tym poglądom. "Chaos" pierwotny Greków, owa 
masa surowa i bezkształtna, mieszanina wszelkich elemen- 
tów, która istniała przed początkiem świata i ze wszystkimi 
swymi tworami się wyłonił, nie odbiega zbyt daleko od 
dzisiejszych naszych wyobrażeń, gdy żródła wszechrzeczy 
upatrujemy w rozproszonych po niebie mgławicach. 
St. Kram.
ztyk l). 


Dzieje świata. 


Przyjęta obecnie w nauce teorya o początku świata jest 
dziełem dwóch uczonych: niemieckiego filozofa Kanta i fran- 


1) St. Krarosztyk. Poradnik dIs samouków. Tom V. c
 l.
		

/img096_0001.djvu

			87 


cuskiego astronoma Laplace'a. Teorya ta przypuszcza, że pier- 
wotnie nie istniały oddzielne ciała niebieskie, tak jak je dziś 
widzimy, lecz że cała materya, z której się składają, była mniej 
więcej jednostajnie rozpostarta w nieskończonej przestrzeni 
wszechświata w postaci oddzielnych drobnych cząsteczek. 
Cały świat więc był wypełniony tylko przez bardzo drobne, 
luźno unoszące się, jednakowej wielkości cząsteczki, z kró- 
rych wszystkie były do siebie podobne i nie stykały się 
z sobą, lecz każda oddzielnie swobodnie poruszała się 
w przestrzeni. (Wszystkie ciała bowiem składają się z dro- 
bnych niewidzialnych cząsteczek, nieprzylegających do sie- 
bie, oddzielonych jedna od drugiej, ale przyciągających się 
do siebie. tak jak są oddzielone np. ciała niebieskie, które 
jednak się przyciągają). Ten stan świata, w którym nie było 
jeszcze żadnych skupionych ciał, żadnego układu słone- 
cznego, nazywają często stanem bezładnym czyli "chaosem". 
Ponieważ wszystkie cząsteczki poruszały się, tak jak poru- 
szają się cząsteczki w każdem ciele, tak jak poruszają się 
ciała niebieskie (gdyż ruch jest najogólniejszą konieczną wła- 
snością każdej materyi), przeto łatwo stać się mogło, że 
dwie jakiekolwiek cząsteczki zetknęły się z sobą, a więc 
utworzyły dwa razy większą cząsteczkę, która poczęła przy- 
ciągać ku sobie wszystkie inne cząsteczki, gdyż ciążenie sta- 
nowi także ogólną własność wszystkich ciał. Te dwie cząste- 
czki, jako silniejsze od każdej innej, utworzyły jakby środek, 
przyciągający do siebie wszystkie otaczające je cząsteczki, które 
zaczęły się do środka tego skupiać. W ten sposób z mnóstwa 
cząsteczek rozrzuconych w przestrzeni, utworzyła się jedna 
wielka m g ł a w i c a, podobna do tych mgławic, jakie wi- 
dzimy jeszcze obecnie w wielu miejscach na niebie. W miarę, 
jak te dwie cząsteczki przyciągały do siebie inne, tworzyły 
one coraz większy środek, który też coraz więcej mógł przy- 
ciągać do siebie cząsteczek. Ponieważ jednak siła tego środka 
nie mogła rozprzestrzenić się odrazu w całej nieskończonej 
przestrzeni świata, i na znacznyc h odległościach działała już 
bardzo słabo, albo wcale nie działała (tak jak i obecnie siła
		

/img097_0001.djvu

			88 


przyciągania nawet wielkich ciał niebieskich na znacznych 
odległościach już nie działa), więc cząsteczki w wielu odle- 
głych bardzo od tego środka miejscach świata nie zostały 
przyciągnięte; w wielu miejscach potworzyły oddzielne środki 
przyciągania i w ten sposób cała pierwotna materya rozpa- 
dła się na wiele mgławic, z których jedne poczęły się sku- 
piać wokoło jakiegoś ośrodka, inne pozostały nawet do na- 
szych dni nie skupionemi. Skoro wszystkie cząsteczki jednej 
mgławicy skupiły się ściślej wokoło swego środka, utworzyć 
musiały ogromną kulę, rozgrzaną wskutek skupienia się czą- 
stek i ciśnienia ich na siebie. W miarę jak cząsteczki takiej 
kuli coraz bardziej się ku swemu środkowi cisnęły, kula roz- 
grzewała się coraz bardziej, aż nareszcie jej środek, który 
stanowi miejsce najgęstsze, rozgrzał się tak silnie, iż zapło- 
nął płomieniem. Mgławica uformowała więc ogromną ga- 
zową kulę z płonącym środkiem, jakby z gwiazdą, tak jak 
to i dziś w niektórych mgławicach widzimy. Wielka ta bez- 
mierna kula, większa od wszystkich dziś istniejących słońc, 
wirowała ruchem obrotowym wokoło swej osi, prawdopo- 
dobnie wskutek uderzenia o środek kuli przyciąganych prze- 
zeń cząsteczek lub wskutek tego, że już pierwsze dwie czą- 
steczki uderzyły o siebie bokami. 
W miarę jak cząsteczki tej wielkiej kuli gazowej coraz 
bardziej cisnęły się do środka kuli, coraz bardziej kula przez 
to gęstnieć i rozgrzewać się musiała i nietylko sam środek, 
lecz i cała bezmierna kula gazowa stanęła w płomieniach. 
Tym sposobem powstała pierwsza ogromna gazowa kula 
płonąca, wirująca wokoło swej osi, stanowiła ona słońce. 
Ponieważ, jak powiedzieliśmy wyżej, w różnych miejscach 
świata powstać mogło wiele mgławic, z których niektóre 
skupiły się w kule płonące, przeto mogło się z początku 
uformować naraz kilka wielkich środkowych słońc, a także 
i nieukształtowane dotąd mgławice. Słońca były niewyobra- 
żalnie bezmiernej wielkości i znajdowały się na ogromnych 
od siebie odległościach, miały początkowo kształt kulisty 
i obracały się\ wokoło swej osi. Wskutek tego obrotu, każde
		

/img098_0001.djvu

			89 


z tych słońc środkowych musiało się, jak wiemy, tak samo 
jak każda obracająca się kula gazowa, płynna lub sprężysta, 
spłaszczać przy dwóch końcach osi swej, wokoło której się 
obracało, czy przy swych dwóch przeciwległych biegunach, 
a jednocześnie wydłużać w kierunku równika, czyli musiało 
przyjąć kształt sferoidy. W miarę jak słońce takie dłużej wi- 
rowało wokoło osi, spłaszczało się ono przy biegunach coraz 
silniej i coraz bardziej, wskutek tego równik jego oddalał się 
od środka kuli, tak, że cząsteczki, leżące na równiku i sąsia- 
dujące z niemi, coraz bardziej się oddalając od środka, zna- 
lazły się wreszcie na tak wielkiej odległości od centrum kuli, 
że przestały już być przez środek ten przyciągane lub były 
przyciągane bardzo słabo. W miarę jednak jak się oddalały 
od środka, musiały one w ruchu swym tworzyć na równiku 
coraz większe koło, które musiało się obracać wraz z całą 
kulą jednakowo szybko, czyli, że cząsteczki równika musiały, 
podążając za obrotem całej kuli, obracać się coraz szybciej, 
nabywać więc coraz większego rozpędu. Wskutek tego zaś, 
że przestały być do środka przyciągane i zwiększały coraz 
bardziej swój rozpęd, musiały się wreszcie od kuli oderwać 
w kształcie pierścienia, który, choć niezłączony z kulą, da- 
lej się jednak swym własnym rozpędem. obracał wokoło 
kuli, w tym samym co i ona kierunku. Pierścień taki, przer- 
wawszy się i skupiwszy, utworzył drugą kulę mniejszą, obra- 
cającą się dalej około pierwszej, większej, w tym samym 
kierunku. Pierwotna zaś wielka kula wskutek oderwania się 
tego pierścienia stała się mniejszą i znów przyjęła kształt 
kulisty, lecz obracając się dalej wokoło swej osi, musiała 
się znów spłaszczać u biegunów, wydłużać u równika, który 
się po pewnym czasie znów oderwał i skupił w drugą 
mniejszą kulę i t. d. Główna kula zaś zmniejszała się nie- 
tylko wskutek ciągłego odrywania się od niej pierścieni, lecz 
i wskutek tego. że z czasem powoli ciągle stygła i gęstniała, 
skupiała się w coraz mniejszą kulę, której powierzchnia 
z tego powodu oddalała się coraz bardziej od owych 'ma- 
łych, oderwanych od niej kuł-
		

/img099_0001.djvu

			90 


Tak powstały prawdopodobnie ze słońca naszego pla- 
nety (a więc i ziemia), obracając się dalej w tym samym jak 
i ono kierunku. Nasze słońce więc, jak już mówiliśmy, mu- 
siało być niegdyś tak wielkiem, że wypełniało całą przestrzeń 
pomiędzy dzisiejszem słońcem i najodleglejszą planetą, Nep- 
tunem. Jakkolwiek słońca ciągle stygły powoli, tak jak i teraz 
stygną, lecz aby zupełnie ostygły i zgasły, potrzeba na to 
ogromnie długiego czasu, podczas gdy planety, które są 
znacznie od nich mniejsze i wskutek tego stygną prędzej, 
po większej części zupełnie już na powierzchni ostygły 
i stwardniały, i to tern wcześniej i lepiej, im planeta jest 
mniejszą. Zanim jednak planety ostygły, musiały i one przy 
biegunach się spłaszczać, przy równiku oddzielać pierścienie, 
z których powstawały kule jeszcze mniejsze, obracające się 
w tym samym wokoło nich kierunku, czyli t. zw. księżyce 
albo satelity, które, jako mniejsze od planet, musiały jeszcze 
prędzej od nich stygnąć. 


M. Heilpern l), 


Palingeneza. 


PrzemInęły ostateczne 
rysiącwieczne dni słoneczne. 
Gorejąca - kula słońca 
zatraciła złoty żar. 
Cały wszechświat życiem gwarny 
w jakiś pomrok zapadł czarny. 
Wszech-ogrójec planetarny 
zlodowaciał - zastygł - zmarł. 


- Jako w puszczy - w noc szkielety, 
w okół słońca mkną planety 
w wirze głuchej zawieruchy 
w nieskończony wieczny mrok. 


l) O ziemi, słońcu i gwiazdach.
		

/img100_0001.djvu

			Nie zawyją żadne gromy, 
kiedy w przestwór niewidomy 
płyną martwych ciał ogromy: 
zgasł lazurów jasny wzrok. 


Dalej, dalej, w świat bez końca, 
za tern słońcem - inne słońca; 
ogniów żyły - planet bryły, 
dziś mogiły - wszędy grób. 
W nieskończonej niebios dali 
kilka gwiazd się jeszcze pali, 
a w koło naszej fali 
cały świat, jak jeden trup! 


Takie straszne na mnie padło, 
zagrobowych dni widziadło. 
W tej przestrzeni - wiecznych cieni, 
stałem - jak nicestwa pył. 
Jako wichry mkną Eony, 
a w nich w przestwór niezmierzony, 
niezmierzony - nieskończony, 
zwolna idą cienie brył. 
Świat - jak martwych ciał kopalnia, 
snuł się zwolnia, zwolnia, zwolnia: 
równowaga, byt przemaga, 
staje, staje... Ustał ruch. 
Jako we krwi pulsów bicie, 
w ostatecznych minut zgrzycie, 
ostateczne zgasło życie, 
ostateczny zamarł duch. 


Śmierci! śmierci czyliż w tobie 
cel? - i nigdyż na tym grobie 
nad popioły, już anioły 
nie uderzą w życia dzwon? 


91
		

/img101_0001.djvu

			92 


Chwila - wiek: zagasły bryły, 
i zawisły tam, gdzie były. 
Paraliżu głuchej siły, 
nigdyż nie poruszy On? 


Naraz, naraz, wśród przestworzy 
słychać jakiś dreszcz, co tworzy - 
jakieś tchnienie, jakieś drżenie, 
pełne świeżych wiatru wiań. 
I ogromny, piorunowy. 
niby hymn odnowy, 
zabrzmiał wielki głos Jehowy: 
.Stań się, świecie! większy, stań". 
A. Lan.qe. 


łłypotezy co do powstania pierwszych śladów 
tycia na ziemi. 


Gieologia wykazuje, że życie organiczne wystąpiło do- 
piero w pewnym okresie dziejów globu naszego, i że roz- 
wijało się stopniowo, począwszy od jestestw o organizacyi 
najniższej. Musimy tedy przyjąć, że pierwsze istoty na ziemi 
naszej, istoty najprostsze, o najpierwotniejszej organizacyi 
jaką tylko wyobrazić sobie możemy, a więc zapewne mikro- 
skopowe bryłki białka żywego, o wiele jeszcze prostsze od 
dziś nam znanych ustrojów jednokomórkowych (pierwotnia- 
ków), powstały w pewnym okresie rozwoju globu naszego 
z materyi nieożywionej czyli drogą t. zw. samorództwa. 
Jest to wprawdzie przypuszczenie, ale bardzo prawdopodo- 
bne, jedynie możliwe ze wszystkich przypuszczeń, dotyczą- 
cych początków życia. 
Dawniejsi badacze wierzyli w samorództwo; sądzili, że 
i obecnie ma ono jeszcze miejsce w przyrodzie. Arystoteles 
wyobrażał sobie np., że zarodki żabie lęgnąć się mogą z mułu, 
rybie z piany morskiej, że z gnijących ciał organicznych
		

/img102_0001.djvu

			93 


powstać mogą żywe robaki lub owady i t. p. Dopiero zna- 
cznie później przekonano się, że pogląd taki jest na wskroś 
błędny, że wszelkie organizmy rozwijają się z jaj składanych 
przez rodziców. 
W połowie XVII wieku Fr. Redi wykazał. że robaki. 
pasorzytujące w jelitach człowieka i zwierząt, do tego czasu 
uważane za istoty samorodnie się rozwijające, powstają z jaj 
lub zarodków, które wraz z pokarmem lub wodą dostały 
się przypadkowo do przewodu pokarmowego ludzkiego lub 
zwierzęcego. A wreszcie w t651 r. Harvey wygłosit słynny 
aforyzm "Omne vivum ex ovo", (wszystko CO żyje powstaje 
z jajka). Porzucono bezpowrotnie myśl o możliwości samo- 
rództwa w takiem grubem znaczeniu, w jakiem je przyjmo- 
wali mędrcy starożytności, lub uczeni wieków średnich. Ale, 
gdy w końcu XVIII i na początku XIX w. odkryto wskutek 
ulepszenia mikroskopu świat istot bardzo prostych, zwła- 
szcza zaś wymoczków, które pojawiają się w każdej wodnej 
nalewce (np. w wodzie nalanej na siano), zaczęto przypu- 
szczać, że te właśnie istoty mogą samorodnie powstawać. 
Wkrótce atoli badanie doświadczalne Milne-Edwardsa, Maxa 
Schutzego, Helmholza i i innych wykazały, że jeżeli nalewkę 
taką przegotować i przeto zabić wszelkie zarodki, jakie mo- 
gły się w niej znajdować, a nadto zabezpieczyć ją przed 
wpływem powietrza, to wymoczki pojawić się w niej nie 
mogą. Przekonano się tedy, że i one powstają bądż z za. 
rodków, które się znajdowały uprzednio w nalewce, bądź 
z tych, które unoszą się W pyle powietrznym i dostają się 
z niego do cieczy. 
Gdy wreszcie w ubiegłym stuleciu wykryto jeszcze dro- 
bniejsze i prostsze jestestwa, t. zw. bakterye, albo mówiąc 
ogólnie mikroby, jestestwa nadzwyczaj rozpowszechnione 
w naturze: ziemi, powietrzu i wodzie, oraz w żyjących i mar- 
twych ustrojach, sądzono, że one to mogą powstawać sa- 
morodnie. Ale wreszcie Pasteur w 1862 r., a także Robert 
Koch i inni wykazali dowodnie, że tak nie jest; bo jeżeli 
naczynie, w którem znajduje się odpowiednia dla mikrobów
		

/img103_0001.djvu

			94 
płynna pożywka ogrzejemy do + 1500 C, tak aby nietylko 
mikroby, ale i wszelkie ich zarodniki wyginęły i jeżeli nie 
dopuścimy do naczynia pyłu powietrznego, wówczas w po- 
żywce nie pojawią się żadne mikroorganizmy. ,Słowem wy- 
kazano, że żaden ze znanych dziś organizmów, chociażby 
najniższy, nie powstaje samorodnie t. j. bez udziału rodzi- 
ców. Fakty te nie stoją ,jednak w [sprzeczności z przypu- 
szczeniem, że przy pewnych szczególnych, 
nieznanych nam 
warunkach, które panowały niegdyś na naszej ziemi, naj- 
niższy twory organizowane mogły powstać 'samorodnie. 
Owszem, przypuszczenie takie jest konieczne, jest ono wy- 
nikiem logicznym wszystkich naszych zdobyczy na polu bio- 
logii lat ostatnich. 
Niektórzy przyrodnicy, np. Richter w 1870 r., a po nim 
Helmholz oraz Wiliam Thomson, wypowiedzieli przypuszcze- 
nie, że najpierwsze istoty żyjące dostały się na ziemię - za 
pośrednictwem meteorytów t. j. szczątków innych planet, 
które na ziemię spadły. Opierano się na tern, że w meteo- 
rytach wykryto ślady węgla (organiczne pochodzenie węgla). 
Ale przeciwko takiej hypotezie przemawia fakt, że nie 
znaleziono)am żadnych ciał azotowych, stanowiących _k
 
czny składnik materyi żyjącej. Zresztą hypoteza taka nie tłu- 
maczy istoty rzeczy, a komplikuje tylko trudności. Zachodzi 
bowiem pytanie, jaki jest rodowód życia na 
owych plane- 
tach, których szczątkami są meteoryty i w jaki:sposób za- 
rodki jestestw żyjących mOj:(łyby bezkarnie przenieść się 
przez martwe, bezpowietrzne przestworze wszechświata, aż 
na naszą ziemię? . .,;;.;;: 
Niektórzy, np. jjzyolog niemiecki Pfłiiger, przypuszczają, 
:i;e związki organiczne, będące najważniejszymi składnikami 
żywego białka powstać mogły w okresie, kiedy ziemia nasza 
znajdowała się w ognisto-płynnym stanie. Pfliiger wykrył, że 
"białko żywe zawiera t. zw. rodnik sin (połączenie atomu 
azotu z atomem węgla) i że tern różni się zasadniczo od 
białka martwego". Problemat powstania żywej materyi widzi 
on przedewszystkiem w zagadnieniu, jak powstaje ów związek.
		

/img104_0001.djvu

			95 


Chemia wykazuje, że "sin" jako też jego połączenia po- 
wstają przy temperaturze nader wysokiej, jeżeli odpowiednie 
związki, zawierające azot, zetkną się z węglem rozpalonym 
i jeżeli mieszaninę tę ogrzać do białości. "Można z tego 
wnosić, powiada Pfliiger, że połączenia sinowe, powstały już 
w czasie. kiedy ziemia była zupełnie lub częściowo w stanie 
ognistym lub gorącym". Wszelako gdyby nawet to przypu- 
szczenie Pfliigera okazało się zupełnie prawdziwem, to je- 
szcze bylibyśmy bardzo dalecy od zrozumienia faktu, w jaki 
sposób z połączeń organicznych, białkowatych, powstała 
materya organizowana, obdarzona zdolnością życia. Musimy 
więc zadowolnić się tylko w tym względzie przypuszczeniem, 
że samorództwo miało niegdyś miejsce, nie wchodząc bliżej 
w kwestyę, w jakich mianowicie warunkach i skutkiem ja- 
kich czynników. .Józef Nussbaum '). 


Ewolucya organizmów. 


Rozpatrując poszczególne istoty, wśród otaczającej nas 
przyrody żywej, zwykliśmy je łączyć w większe lub mniej- 
sze skupienia, gatunki, rodzaje, rodziny. Już Arystoteles na 
zasadzie pewnych podobieństw i pewnych różnic podzielił 
świat zwierzęcy i roślinny na grupy; układ Arystotelesa 
przetrwał w zoologii aż do końca XVIII w. Ustroje, zdaniem 
ówczesnych uczonych, zastygły niejako na wieki w owych 
prapostaciach, w które je wcielił moment twórczy. W ten 
sposób przyrodzie przypisano rolę lichego sztukatora, odle- 
wającego po niezliczone razy gatunki starych, wiecznie tych 
samych wzorów: wyznawano zasadę niezmienności gatunków. 
Tymczasem z garstki nasion jednego osobnika alpejskiej ro- 
śliny, wysianej na różnych wysokościach, wyrastają często 
osobniki, tak odmiennych postaci, że botanik nie wiedzący 
o ich pochodzeniu z tych samych nasion, zaliczyłby je z pe- 
wnością do kilku gatunków. Przeglądam zbiór termitów, 


I) Poradnik dla samouków. TOIn V, część I.
		

/img105_0001.djvu

			96 


oto osobnik pewnego, jak mI SIę zdaje, gatunku. Przypa- 
truję mu się pilniej: widzę, że posiada on znaczną ilość cech 
charakterystycznych dla pewnego gatunku, kilka zaś cech 
zbliża go do innego gatunku. 
Wobec takich niepewności powstaje potrzeba tworzenia 
nowych poddziałów, odmian, pododmian i I. p. Trudności 
mnożą się na każdym kroku, zupełne podobieństwo ustro- 
jów jest niemożebne. Między wyrażnie różniącemi się od- 
mianami ślimaka (Paludina Brusinae i Paludina Forbesi) mo- 
żerny odszukać cały szereg form pośrednich, różnice wystę- 
pują stopniowo, te różne formy to kolejne ogniwa spaja- 
jące krańcowe formy, tworzące wraz z niemi nieprzerwany 
łańcuch; formy te, to poszczególne kolejne stadya przetwa - 
rzania się gatunku jednego w drugi świadczą, że gatunek Pa- 
ludini Forbesi rozwinął się drogą kolejnych, stopniowych 
przemian z gatunku P. Brusinae. 
Rozglądając się naokół, spostrzegamy w przyrodzie żywej 
już nie tyle różnic, ile podobieństwa; podobieństwa nie przy- 
padkowe, lecz wynikające z wzajemnego pokrewieństwa. stop- 
niowego rozwoju wszechistot. Dochodzimy do hypotezy po- 
wszechnego rozwoju, czyli ewolucyi organizmów. 
Z tajemnego świata istot jednokomórkowych - wyro- 
sło jakby drzewo o dwóch pniach: drzewo roślin i drzewo 
zwierząt, pnie rozrastają się w rosochate konary, konary 
w gałęzie, gałązki, (gatunki, odmiany). 
Śmiałą hypotezę o wzajemnem pokrewieństwie i po- 
wszechnym, stopniowym rozwoju wszech istot, należało 
sprawdzić na każdym kroku i poprzeć ją szeregiem faktów. 
Anatomia porównawcza dawno już wykazała podobieństwo 
zwierząt ziemno-wodnych (żab, salamander) do ryb; na za- 
sadzie podobieństwa organizacyi można przypuszczać, że to 
grupy pokrewne. Gdy zbadano sposób rozwijania się zie- 
mnowodnych, okazało się, że podczas życia zarodkowego 
posiadają skrzele zewnętrzne i wewnętrzne i inne cechy orga- 
nizacyi rybiej w układzie szkieletu, w systemie krwionośnym. 
Anatomia porównawcza wykazuje pokrewieństwo na za-
		

/img106_0001.djvu

			97 


sadzie podobieństwa organizacyi, embryologia przypuszcze- 
nie to popiera na zasadzie cech rybich w życiu zarodkowem 
"Ziemnowodnych. Wreszcie w rzekach Ameryki południowej, 
Afryki zachodniej, Australii spotykamy formy przejściowe 
między rybami i ziemnowodnemi, posiadają one cechy rybie 
(form ciała, łuski, skrzela, budowa szkieletu i kanału po- 
karmowego), ale mają i cechy ziemnowodnych (budowa no- 
zdrzy, układ krwionośny, budowa płuc). Na zasadzie hypo- 
tezy ewolucyi nauka przewidywała istnienie form przejścio- 
wych, fakty potwierdziły słuszność hypotezy. 
Anatomia porównawcza wykazała istnienie wspólnych 
cech u ptaków i gadów (budowa stawu między głową a krę- 
gosłupem, stawu między szczęką dolną a głową, układ kostny, 
budowa mózgu i t d.), stąd powstało przypuszczenie o ich 
pokrewieństwie. Embryologia potwierdza to przypuszczenie 
swemi spostrzeżeniami: rozwój zarodków ptasich przypomina 
cechy gadów. Formy przejściowej między temi grupami 
w naturze nie spotykamy, lecz w wykopaliskach znaleziono 
ślady zębatych ptaków i przodków niezaprzeczonych dzisiej- 
szych ptaków, upierzonych gadów. Widać, że był czas, kiedy 
i gady rwały się do lotu, a pewna ich grupa stawała się 
coraz bardziej podobną do ptaków. 
Istnienie form przejściowych, żyjących współcześnie 
w naturze, lub takich, o których dawnem istnieniu świadczy 
paleontologia, fakty z anatomii porównawczej, z embryologii, 
pozwalają nam hypotezę o ewolucyi podnieść do stanowi- 
ska teoryi naukowej. Wypowiedzmy ją: d z i ś i s t n i ej ą c e 
gatunki zwierząt i roślin nie odrazu były ta- 
kie, jakimi są obecnie: one nie stały się, lecz 
stawały się; był czas kiedy były prostsze; 
w ciągu wielkiego zastępu wieków dopiero 
ulegały powolnemu, stopniowemu rozwojowi; 
my jesteśmy świadkami jednej z chwil długo- 
trwałego rozwoju - rozwój organizmów by- 
najmniej się jeszcze nie skończył- 


.li,. -hldzie_
		

/img107_0001.djvu

			98 


Zajrzyjmy do niesłychanie ciekawej księgi dziejów roz- 
woju życia - do paleontologii. Badając zawartości skał osa- 
dowych spotykamy szczątki roślin i z'4'ierząt, które żyły 
niegdyś na ziemi. 
Dzieje ziemi dzielimy na trzy epoki: palezoiczną, mezo- 
wiczną i cenozoiczną. Najdawniejszą z nich palezoiczną wy- 
przedza archaiczna. Epoki dzielimy na okresy. Pewnemu prze- 
ciągowi czasu pewnej epoce odpowiadają w skorupie ziem- 
skiej pewne warstwy. 


Epoki 


III. Cenozoiczna 


II. Mezozoiczna 


J
kresy-warstwy 
\ czwartorzędowy 
? trzeciorzędowy 



 kredowy 
jurajski 
tryjasowy 


j 


I. Palewiczna 


Archaiczna 


I 

 
I 


Permski 
Węglowy 
Dewoński 
Sylurski 
Kambryjski 


I 


Pierwsze ślady życia zwierzęcego występują w okresie 
kambryjskim, były to zwierzęta bezkręgowe. W sylurze spo- 
tykamy już kręgowce, wszelako szczątki te dają nam słabe 
zaledwie wyobrażenie o budowie anatomicznej tych zwierząt, 
ponieważ posiadały one mało narządów, które mogły się za- 
chować, np. nie miały trwałego szkieletu kostnego. Dopiero 
w warstwach z okresu dewońskiego i węglowego mamy 


I
		

/img108_0001.djvu

			99 


szczątki, niekiedy doskonale zachowane. Szczątki te wyka- 
zują, że kręgowce ówczesne miały postać rybowatą; miękki, 
chrząstkowaty prawdopodobnie szkielet nagradzały pancerze 
skórzane. Ustrojów tych niepodobna zaliczyć do żadnego 
z żyjących dziś gatunków ryb; różniczkowały się już trzy 
gałęzie: ryby kostnołuskie, poprzecznouste i dwudyszne. Roz- 
kwit ich przypada na okres jurajski. Z kostnołuskich przez 
dalsze zmiany wytworzyły się dzisiejsze ryby, które w obe- 
cnej formie spotykamy dopiero w warstwach czwartorzędo- 
wych. 
Od ryb dwudysznych w okresie węglowym powstały 
ustroje, które stopniowo przystosowały się do życia lądo- 
wego: zaczęły używać kończyn nietylko do poruszania się 
w wodzie, ale do podpierania ciała, do poruszania się na 
lądzie, zależnie od tej zmiany kończyny uległy odpowie- 
dniemu przekształceniu - to skrzekogady, przodkowie z i e- 
mnowodnych i gad ów. Te z czasem zrezygnowały zupeł- 
nie z oddychania skrzelami, nie składały jajek do wody, lecz 
opatrywały jajko znacznym zapasem żółtka odżywczego, lub 
żywiły powstające z jajek zarodki wewnątrz organizmu ma- 
cierzystego, lub wydzieliną gruczołów skórnych (mlekiem)- 
od podobnych ustrojów powstały s s a k i, których pierwsze 
ślady spotykamy w warstwach tryjasowego okresu. 
Tymczasem inne gady doszły do wielkiego rozkwitu 
form i liczby osobników. W okresie tryjasowym i jurajskim 
zajmowały w naturze naczelne stanowisko, jako ustroje peł- 
zające, biegające, skaczące, czepiające się, pływające, a na- 
wet latające. Od takich ustrojów odszczepiła się w okresie 
jurajskim najmłodsza gałąż kręgowców p t a k i, które jednak 
do dzisiejszego bogactwa form doszły dopiero w okresie 
czwartorzędowym. 
W osadach III-ciorzędowych. a zwłaszcza IV -torzędowych, 
spotykamy niewątpliwie ślady c z ł o w i e k a. Boczną gałęzią 
wyrastającą z pnia przodków człowieka jest zapewne słynny 
małpolud Pithecanthropus erectus odkryty w 1891 r. na 


7' 


-\
		

/img109_0001.djvu

			100 


wyspie Jawie przez holenderskiego lekarza wojskowego Eu- 
geniusza Dubois. 
W tym szkicu rozwoju kręgowców odróżniajmy teoryę 
od faktów: t e o r y ą jest twierdzenie, że od ryb kostnołu- 
skich pochodzą ryby kościste, że od grupy ziemnowodnych 
oddzieliła się grupa ssących, ptaków i t. p. Fa k t e m jest, że 
istniały wpierw zwierzęta bezkręgowe niż kręgowce, że niższe 
ryby istniały pierwej niż ziemnowodne, gady, ssące i ptaki, 
że najpóźniej ukazał się człowiek. Z faktów tych wynika 
wniosek, że ewolucya nie jest hypotezą, nawet teoryą nau- 
kową, lecz prawem, prawem zasadniczem. 
Wszystkie istoty żywe tworzą jak gdyby łańcuch orga- 
nizmów coraz doskonalszych, od pierwotniaków aż do-czło- 
wieka. Wszystkie istoty żywe są ze sobą spokrewnione, 
ustroje z zawilszą organizacyą pochodzą od prostszych. Pod 
wpływem zmieniających się warunków środowiska potrzeby 
i przyzwyczajenia istot żywych ulegają zmianom, zmiana 
potrzeb i przyzwyczajeń wywołuje wzmożenie lub zmniejsze- 
nie używania pewnych narządów, spotęgowany ich rozwój, 
lub ich zanik, a te prawem dziedziczności przekazywane są 
następnym pokoleniom *). 
O słuszności prawa ewolucyi nie wątpi dziś nikt z przy- 
rodników na całym świecie, jak nikt nie wątpi, że ziemia 
obraca się koło słońca. Był czas kiedy wyklinano, ośmie- 
szano publicznie twierdzenie Kopernika, kiedy dziclo jego 
było wyrazem protestu wobec powagi przygniatającej ducha; 
takie same dzieje przeszła i teorya ewolucyi, ale niedaleką 
jest chwila, kiedy prawo ewolucyi będzie uznane i wyzna- 
wane przez c a tą inteligentną ludzkość, jako jeden z naj- 
piękniejszych dorobków ducha ludzkiego. 
(podług odczytu W. Jezierskiego). 


*) Właściwym tw6r
 teoryi ewolucyonizmu jest .Tan Lamarckj 
oglosił ją w 180U r. w dziele "PhiIosophie zoologique".
		

/img110_0001.djvu

			101 


Z "Psalmu miłości«. 


Nic nie spychać nigdy w dół, 
Lecz do coraz wyższych kół 
Iść przez drugich podnoszenie - 
Bo cel świata - szlachetnienie! 
Patrzcie! patrzcie! od kamienia 
Jak stopniami Pan przemienia 
Duchy stworzeń. Z razu senny 
Wszczątek życia, aż powoli 
Wydobędzie się z niewoli. 
Walka trudna i trud boli, 
Lecz podnosi się kształt zmienny; 
Wreszcie przywian duch z daleka 
Wdziewa na się pierś człowieka. 
Głaz, kwiat, zwierzę śniły z cicha, 
On ku niebu pnie już głowę, 
Do aniołów pieśnią wzdycha 
Między gwiazdy eterowe. 
Wszystko, wszystko wiecznie, wszędzie, 
Rwie się w górę, z Bożej myśli, 
Z wiecznym Bogiem ten nie będzie, 
Kto inaczej świat swój kreśli. 
Z. Krasińsld l). 


Pszczoły. 


Chcąc w najprostszy sposób prześ1edzić całoroczną hi- 
storyę ula - weżmy dla przykładu jeden z nich, budzący 
się na wiosnę do życia. 
Od pierwszych dni marca pszczoły otrząsają się już 
z zimowego odrętwienia - królowa zaczyna składanie ja- 


l) Psalm miłości.
		

/img111_0001.djvu

			102 


jek, robotnice odwiedzają pierwsze kwiaty. - Codzień rodzi 
się tysiące pszczół, wkrótce ul jest przepełniony. Niepokój 
ogarnia ludność ula - sIara królowa, która dotąd pełniła 
uczciwie obowiązki rodzicielki, czuje, że nastąpi zmiana jej 
losu - będzie zmuszoną opuścić ul, w którym królowała. 
Pszczoły przygotowują się do rojenia, 60 do 70 tysięcy 
pszczół (z ogólnej liczby 80 do 90 tysięcy) w oznaczonej 
godzinie opuści gród rodzinny. Odlot ich na długo przedtem 
był obmyślony i postanowiony; odlecą, choć nie wygania 
ich ani wojna, ani głód, ani choroba, choć ul jest piękny 
i bogaty. 
Odlot ich - to poświęcenie, wyrozumowany akt ofiary 
pokolenia obecnego na rzecz przyszłych pokoleń. 
Przez całe życie pszczoły latały po ogrodach i łąkach 
zajęte i zaaferowane, zmęczone wracały cicho do ula, aby 
wyrzucić dwa ciężkie kosze pyłku kwiatowego, aby swój 
zbiór miodu złożyć w obszernych składach i znów wyfrunąć 
na łąkę. Dziś w ulu wzburzenie i nieład, nawet królowa, 
która nigdy nie opuszcza środkowych plastrów, zdyszana 
przebiega ul w różnych kierunkach tam i napowrół- Ozwała 
się pobudka. Nagle jakby wszystkie bramy się rozwarły, wszyst- 
kimi otworami wysypuje się wielka czarna masa, która roz- 
lewa się i ginie w przestworzu na kształt obłoku, złożonego 
z setek tysięcy drgających przezroczystych skrzydełek. Obłok 
ten. szeleszcząc i brzęcząc, unosi się ponad ulem i mknie 
ku sąsiednim drzewom. Królowa, dźwigając jajka, odzwy- 
czajona od światła i lotu, nie odważa się na daleką drogę. 
Usadowiła się na pobliskiej gałęzi, rój otacza ją, osłania 
lśniącymi zwojami zwolna ściskając się, malejąc, kurcząc, 
przyjmuje kształt kiści. spokojnie zwieszającej się z gałęzi. 
Bartnik kiść tę strąca w obalony ul; jeśli królowa tam wpa- 
dła, rój osiada w nim. 
Pszczoły rozpoczynają nowe życie wśród pustkowia. 
W nowej siedzibie niema nic - ani punktu oparcia. ani kropli 
miodu, ani kawałka wosku. Pszczoły niby armia wyćwiczona 
zaczynają w porządku wspinać się po ścianach ula w górę,
		

/img112_0001.djvu

			103 


kilka zaczepia się u stropu przedniemi nóżkami, inne chwy- 
tają się ich, tym sposobem tworząc długi łańcuch, po któ- 
rym reszta pełznie w górę; wiszą tak zwartą masą, pracując 
nad wytworzeniem wosku. Jednocześnie inne porządkują ul, 
zalepiają szpary i szczeliny, polerują ściany. Niezadługo usta- 
wione zostaną warty odźwiernych i pewna liczba robotnic 
wyfrunie na błonie po nektar i pyłek kwiatowy. Kształt ula, 
ofiarowanego pszczołom przez ludzi, jest bardzo rozmaity: 
od pierwotnego, wydrążonego drzewa, rury g1inianej, dzwonu 
słomianego do skomplikowanych domków, nowoczesnych uli. 
Owady, rozpatrzywszy się w nowej siedzibie, muszą przysto- 
sować do niej swe plany, zmienić je w głównych zarysach, 
nigdy jednak nie wpadają w rozpacz i zniechęcenie, nie tracą 
głowy, porozumiewają się szybko i obierają bez wahania naj- 
korzystniejsze plany. Zastawszy w ulu ramki, wypełnione 
sztucznie pokarbowanymi plastrami, umiejętnie z nich ko- 
rzystają. Ta zdolność korzystania z nieznanych sobie przed- 
miotów przekracza granice instynktu. 
Tworzenie się wosku jest dotąd mało zbadane. Gdy 
pszczoły w nowym ulu wiszą nakształt stożka, przy silnie 
podniesionej temperaturze po upływie 18 do 24 godzin 
z otworów między obrączkami ich odwłoka występują biało 
przezroczyste łuski woskowe. Z tego wosku pszczoły bu- 
dują, od stropu poczynając, szereg komórek w jednakowem 
od siebie oddaleniu. Zdarza się. że popełniają omyłki, po- 
prawiają je natychmiast i to stanowi nowy dowód, że nie są 
pozbawione daru myślenia. Każda komórka przedstawia rurkę 
sześciokątną, zamkniętą ostrosłupem, a ten kształt komórki 
okazuje się najodpowiedniejszym zarówno dla zaoszczędzenia 
wosku, jak i dla możności zapełnienia plastru bez zostawie- 
nia odrobiny wolnego miejsca i zapewnienia tym sposobem 
większej trwałości budowii. 
Gdy komórki mogą już być zamieszkane, królowa w oto- 
czeniu świty przebiega, je składając jajka. Od tej chwili aż do 
chłodów jesiennych królowa nie przerywa swej pracy, nawet 
śpiąc, nawet przyjmując posiłek, który jej robotnice podają,-
		

/img113_0001.djvu

			104 


składa jajka. Napełniwszy wszystkie komórki, wraca do 
pierwszych opuszczonych już przez nowowylęgłe pokolenie, 
które rozpierzchło się na wszystkie strony, aby z kolei po- 
święcić się następnemu pokoleniu. 
W starym ulu pozostało kilka tysięcy pszczół, które La- 
bierają się na nowo do pracy, starając się zastąpić nieobe- 
cne siostry. W środku ula w szczelnie zamkniętych komór- 
kach śpi tysiące białych poczwarek. Po upływie kilku dni 
wieka wielu pękają i ukazują się w nich macki i duże czarne 
oczy. Wnet przybiegają niańki i pomagają młodym pszczo- 
łom wyjść z więzienia, podtrzymują je, czyszczą, karmią. 
Na skraju jednego ze środkowych plastrów wzn
si się kilka 
większych, nieforemnych komórek, w których też spoczy- 
wają jajka. Gdy z takiego jajka wykłuje się gąsiennica, mamki 
karmią ją troskliwiej, obficiej, przedniejszem pożywieniem, 
wskutek czego rozwija się ona w sposób wyjątkowy. Po- 
wstały z niej owad, będzie miał kadłub dwa razy dłuższy, 
złocisty, jaśniejszy, żądło zakrzywione, oczy będą miały 
8 do 9 tysięcy ścianek (zamiast 12 do 13 tysięcy), żyć bę- 
dzie zamiast sześć do siedmiu tygodni, cztery do pięciu lat, 
pozbawiony narzędzi pracy, jak koszyczków, szczoteczek itp., 
będzie posiadał mózg maleńki, ale organy rozrodcze olbrzy- 
mich rozmiarów. Wyklucie się pierwszej królowej następuje 
zwykle w tydzień po odlocie starej. Usiłuje ona zabić wszyst- 
kie swoje możliwe współrywa1ki, zapuszczając żądła do in- 
nych królewskich komórek. Robotnice, nie chcąc się wyrzec 
powtórnego rojenia, nie dopuszczają do zbrodni; po dwu- 
krotnem jednak rojeniu trzeciej królowej pozwalają wytępić 
pozostałe. 
Pszczoły nie zajmują się królową i nie oddają jej czci 
dopóki jest bezpłodną. Matkę otaczają szacunkiem i troskli- 
wością i dla niej przeznaczają najczystszy miód, dniem i nocą 
otacza ją drużyna, która ją żywi, czyści. Gdy matka zginie, 
a niema nadziei zastąpienia jej przez inną, wieść o tej klę- 
sce przebiega ul w ciągu dwóch do trzech godzin i wszelka 
praca ustaje. Ul pustoszeje, a mieszkanki jego giną z nędzy,
		

/img114_0001.djvu

			105 
chociaż łąki i pola błyszczą kwieciem. Podczas wszelkich 
klęsk i niebezpieczeństw pszczoły strzegą matkę, ułatwiają 
ucieczkę, urządzają z ciał swych żywy mur, oddają ostatnie 
krople miodu. Człowiek wyzyskał na swą korzyść to uczu- 
cie, chwyta królową, wiedząc, że tą drogą ma w swej mocy 
duszę i losy ula. Pszczoły wogóle pozbawione są cienia sen- 
tymentalizmu. Robotnicę zranioną. choną. niezdolną do pracy, 
wyrzucają bez litości z ula; matkę jednak nawet, gdy się 
zestarzeje ; stanie kaleką, otaczają staraniami, a odżwierne 
nie wpuszczą do ula obcej, choćby wydawała się najpięk- 
niejszą, najrnłodszą, naj płodniejszą. 
Królowa to dusza, ale zarazem niewolnica gromady, 
władczyni i sługa. Podwładne czczą nie jej osobę, lecz mi- 
syę przez nią spełnianą i losy ula, których jest wyobrazi- 
cielką. 
Królowa, aby się stać matką, musi się zetknąć z sam- 
cem w ciągu 20 dni od daty narodzenia. Jeśli zetknięcie to 
nie nastąpi, dziwnym kaprysem natury królowa nie jest bez- 
płodną (spotykamy się tu z dziwnem zjawiskiem, zwanem 
dzieworodztwem), ale z jajek przez nią złożonych wychodzą 
tylko samce. 
Przyjrzyjmy się teraz, w jaki sposób ma miejsce zapła- 
dnianie królowej pszczół. Dokoła dziewiczej królowej żyje 
w ulu setki samców, drzemią sobie w najcieplejszym kąciku 
ula, o południu tylko, rozpychając straże, ulatują w prze- 
stworze. aby za chwilę spocząć na kwiatach i drzemać do 
zachodu słońca. Wracając do ula, lecą do lamusów, za- 
głębiają szyje w kadzie pełne miodu, a pokrzepiwszy się, 
zapadają w głęboki sen. Praca sześciu do ośmiu robotnic 
z trudnością wystarcza na wyżywienie jednego darmozjada. 
Niewielu ludziom udało się podpatrzeć tajemnicę za- 
ślubin królowej. W słoneczny poranek lotem strzały wy- 
fruwa pod strop nieba i wnet w ślad za nią goni horda tru- 
tni (czasem do 10 tysięcy). Słabi, kalecy, źle odżywiani co- 
fają się w pół drogi, tylko drobna garstka towarzyszy jej 
w podobłoczne sfery, aż jeden dociera do niej, chwyta
		

/img115_0001.djvu

			'""'-- - 



, 


106 


i mknie z nią w górę. Wnet po połączeniu otwiera się ciało 
samca, narząd rozrodczy się oddziela, pociągając za sobą 
wnętrzności, a puste ciało spada w przepaść. Królowa, 
oczyściwszy swe ciało z wiszących przy niem trzew sam- 
czych, powraca do ula. W woreczku jej nasiennym pozo- 
staje ciecz, w której pływa miliony zarodków. W dwa dni 
po dokonanym akcie spółkowania składa ona pierwsze jajko 
i odtąd rozpoczyna obowiązki matki ula, a płodność jej 
ustaje dopiero z chwilą zgonu. Czas jakiś jeszcze po zapło- 
dnieniu królowej robotnice tolerują obecność samców (może 
w imię bezmiernej przezorności). Aż dnia pewnego, jakby 
na wydane hasło, ciche i łagodne robotnice przeistaczają 
się w nieubłaganych sędziów i katów. Każdy z opasłych 
darmozjadów zanim zdoła sobie zdać sprawę z sytuacyi, 
zostaje otoczony przez robotnice. niosące mu mękę i śmierć. 
Część ginie z ran, inne ulatują z ula, aby znależć śmierć 
z głodu. 
Z nastaniem chłodów i słoty ul zwolna zasypia, tętno 
jego życia słabnie. Królowa chroni się w samym środku ula, 
robotnice gromadzą się wokoło, zawieszają się na plastrach, 
czepiając jedna drugiej. Gdy pszczoły zewnętrznego rzędu 
czują chłód, wciskają się w środek, a inne zajmują ich miej- 
sce. Pewna liczba pszczół za pomocą zgodnego łopotania 
skrzydełkami utrzymują w ulu stały przewiew, inne przycze- 
pione do komórek, napełnionych miodem, pOdają swym 
sąsiadkom cenną ciecz, która przechodzi z pyszczka do 
pyszczka aż do ostatnich szeregów. 


* 


* 


* 


Pszczoła jest jednostką gromadną i nie może zyc sa- 
motnie. Oderwana od roju, zaopatrzona obiicie w żywność, 
w najbardziej sprzyjających warunkach ginie po upływie 
kilku dni nie z głodu, nie z zimna, ale z powodu osamo- 
tnienia. W ulu jednostka jest niczem - całe jej życie jest 

zwzględnem poświęceniem siebie na usługi odradzającego 
się społeczeństwa, którego cząstkę stanowi. Ustrój jed!1ak
		

/img116_0001.djvu

			107 


taki nie zawsze miał miejsce. Dziś jeszcze spotykamy owady 
błonkoskrzydłe, miodorobne, żyjące na różnych stadyach 
rozwoju naszej pszczoły domowej. Jedne żyją samotnie, 
nie troszcząc się o potomstwo (prosopis), inne żyją gro- 
madką, co roku tworząc rodzinę (trzmiel), inne jeszcze two- 
rzą czasowe stowarzyszenie (panniques dasypodes halictes), 
inne wreszcie tworzą doskonałe społeczeństwa. Pszczoły 
pojmują istnienie swoje jako dążenie do spełnienia wiel- 
kiego wspólnego wszystkim obowiązku wzgJędem ogółu 
i w imię tego celu każda z pszczół wyrzeka się połowy 
swych praw i szczęścia: królowa żegna się ze światłem 
i wolnością, robotnice wyrzekają się miłości. Gdy rozwój 
organizmu królowej odbywa się tylko na korzyść narzędzi 
rozrodczych, u robotnicy rozwijają się przedewszystkiem wła- 
dze umysłowe. Badana pod mikroskopem czaszka królowej 
lub samca przedstawia się prawie pusta; mała niepozorna 
główka robotnicy mieści mózg, po mózgu człowieka naj- 
piękniejszy i najbardziej złożony. 
Pszczoły posiadają umiejętność wyrażania swych myśli 
i uczuć za pomocą słownika dżwiękowego lub dotykowego. 
dowodzi tego sposób, w jaki dobra lub zła nowina obiega 
cały ul. Brzęk, towarzyszący rozmaitym przejawom życia 
w ulu, jest tak charakterystyczny, że doświadczony pszcze- 
larz odgaduje z niego. co się dzieje w ulu. 
Pszczoła utrwala sobie w pamięci położenie miejsca, 
w którem znalazła skarb, wraca bowiem do niego, póki 
choć kropla miodu pozostaje. Wśród roju widoczny jest po- 
dział pracy: S tysięcy poleci na lipy, trzy tysiące pozosta- 
nie na białej koniczynie; re, które wczoraj zbierały nektar, 
dziś będą zbierały pyłki z kwiatów, aby dać odpoczynek 
językowi i gruczołom. Jedne zbierają żółty pyłek z lilii, inne 
czerwony z rezedy, w ulu rozgatunkowując go według od- 
cieni i pochodzenia. 
"Tak, wszystko to cudowne, mówią ludzie, ale nie- 
zmienne. Od tysiąca lat pszczoły budują jednakowo swe 
plastry". Zarzut to niesłuszny. Pszczoły istnieją od lat ty-
		

/img117_0001.djvu

			108 


sjęcy, ale my zaledwie od lat stu badamy je, a od lat 50 
poznaliśmy je dzięki mikroskopowi. Cóż znaczy w rozwoju 
gatunku stulecie, a przecież i w tym okresie spotykamy fakty, 
dowodzące, że przemysł, a nawet ustrój polityczny ula nie 
jest ujęty wcale w stałe, niezmienne formułki. Widzieliśmy 
z jaką zręcznością umiały one przystosować do swych po- 
trzeb różnorodne mieszkania, do jakich je wprowadzamy, 
jak szybko i zgrabnie wyzyskują sztuczne plastry karbowa- 
nego wosku, lub miętę rozsypaną przez hodowcę dla za- 
stąpienia pyłku. Przeniesione do Australii lub Kalifornii na- 
sze pszczoły zmieniły obyczaje. Już w drugim lub trzecim 
roku, przekonawszy się o wiecznem lecie, zaprzestały zbie- 
rać zapasy miodu, żyjąc z dnia na dzień. Widocznie świeżo 
zrobione obserwacye odniosły zwycięstwo nad dziedzicznem 
doświadczeniem - wszystko to przemawia za prawdopo- 
dobnym dalszym rozwojem pszczół. 
Podług llfaeterlinka. 


Z dziejów naszej ziemi. 


W jednej z najdawniejszych epok geologicznych, w epoce 
tak zwanej węglowej, panował na całej ziemi bardzo wilgo- 
tny, ale też i bardzo gorący klimat podzwrotnikowy. Potę- 
żne złoża węgla, spoczywające na pokładach tej epoki. po- 
chodzą z rozległych mokrych puszcz paproci i skrzypów 
drzewiastych, wśród których uderzały wielkimi rozmiarami 
i dziwnymi kształtami drzewa łuskowe i grubopienne drzewa 
pieczątkowe. Takie puszcze pokrywały okolice polskiego za- 
głębia węglowego, a ślady takiejże samej flory pogrzebane 
są w pokładach węgla całej ziemi od równika do bieguna. 
Gdy przeskoczymy cały szereg długowiecznych okresów hi- 
storyi ziemi. od okresu węglowego. do okresu jurajskiego, 
(w którym osadziły się wapienie wyżyny Małopolskiej i pół- 
nocnych stoków Tatr), spostrzeżemy, że w obszarze ziem 
polskich panował jeszcze ciągle gorący klimat W lasach
		

/img118_0001.djvu

			109 


palm, paproci i sagowców gnieżdziły się potwory niesły- 
chanych rozmiarów i dziwacznych kształtów; na brzegach 
ówczesnych mórz polskich budowały rafowe koralowce ska- 
liste wysepki i groble (chociaż dziś koralowce żyją tylko 
w wodzie wyżej 20° ciepła), które tak malowniczo. występują 
dziś w krajobrazach wyżyny Małopolskiej, Tatr i podkarpa- 
ckich okolic. Po epoce jurajskiej minęły znów długie wieki, 
podczas których powstały w Sambii złoża bursztynu, i nieco 
młodsze od bursztynu pokłady węgla brunatnego (rozrzu- 
cone po całej ziemi polskiej) i gniazda solne na Podkarpa- 
ciu. Bursztyn jest przetworem żywicy, pochodzącej z borów 
i puszcz sosnowych. W bursztynie przechowały się dokła- 
dnie ślady ówczesnej roślinności. Sosny bursztynowe różniły 
się wybitnie od wszystkich innych gatunków sosen znanych 
na całej ziemi. Lasy bursztynowe miały dziwną postać. Obok 
palm najróżnorodniejszych. w sąsiedztwie cyprysów, wa- 
wrzynów i kasztanów rosnących w krajach śródziemnomor- 
skich, przy japońskich dziś magnoliach, australijskich euka- 
liptusach, rosły drzewa nasze lub podobne do naszych, 
dęby, buki i liczne inne. Ciepła kraina bursztynowa ma jednak 
pewne znamiona ochładzającego się klimatu. 
Świat zwierzęcy świadczy także, o podzwrotnikowym 
klimacie, który panował w obrębie ziem polskich. W pu- 
szczach, bagnach, stepach i pustyniach dzisiejszej Polski żyły 
wtedy nosorożce, hypopotamy, słonie i pokrewne im, lecz 
jeszcze potężniejsze mastodonty, gazelle, antylopy, hyeny. 
Po wymarciu lasów bursztynowych kroczyło gwałto- 
wnym krokiem oziębianie się klimatu tej sfery ziemi, w któ- 
rej są położone polskie krainy. W najstarszym polskim wę- 
glu brunatnym (krainy nadbaltyckiej) niema już śladu palm. 
ale są liczne dowody, że w ówczesnych lasach pOlskich ro- 
sły jeszcze wawrzyny, figi, eukalipty i t. p. W pokładach 
siarki w Swoszowicach koło Krakowa (powstałych w tym 
czasie, co gniazda soli wielickiej) znaleziono ślady drzew cy- 
namonowych i wawrzynów. Natomiast młodsze pokłady wę- 
gla brunatnego w okolicach Kołomyi powstały z liściastych
		

/img119_0001.djvu

			110 


lasów, przeważnie z klonów, platanów, wiązów, nie brakło 
też dębów, wierzb, brzóz, a jedynie obecność kasztanów ja- 
dalnych dowodzi, że klimat ówczesny był cieplejszy od dzi- 
siejszego. 
Drzewa leśne, dla roślinności najbardziej charakterysty- 
czne, były już wtedy te same. I zdawaćby się mogło, że 
obecna szata roślinna jest tylko dalszym ciągiem rozwoju 
tej flory, a przecież tak nie jesl. W międzyczasie' dokonała 
się na świecie straszna rewolucya klimatyczna: zawitała 
epoka lodowa. 
Od półwyspu Skandynawskiego i Finlandyi, niejako śro- 
dowisk zlodowacenia, zsuwały się potężne lodowce na wszyst- 
kie strony. W czasie największego rozpostarcia lodowca 
przebiegała jego południowa granica w obrębie ziem pol- 
skich w sposób następujący. Na zachodzie opierał się o Su- 
dety potężny pokład lodowy 400-500 metrów wysoki (da- 
lej ku wschodowi nie piętrzył się tak wysoko); opierał się 
o podnóże Beskidu Zachodniego i Niskiego dosięgając 300 
do -400 metr; dalej skręcał na północ od Lwowa, Żytomie- 
rza, wciskał się w dolinę Dniepru. (W Skandynawii musiał 
być gruby co najmniej na 2000 metrów, a w północnej czę- 
ści polskiego niżu wysokość jego oceniają na 1000 metr.). 
Wśród tej opony lodowej tu i ówdzie wyższe wzniesienia 
sterczały jakby lądowe wyspy ponad lodowe morze czy 
pustynię. Największą taką wyspą było pasmo gór Kielecko- 
Sandomierskich. 
Ciśnienie tej ogromnej masy lodu ścierało masy lądów 
w północnych dzielnicach Europy, przenosząc je z sobą 
i osadzając je na dnie lodowca, wytwarzając tym sposobem 
osady lodowcowe na 50-200 m. grube. Na całym obsza- 
rze ziem polskich spotykamy osady te przyniesione przez 
lodowiec i przez niego ukształcone, zgniecione, często bez- 
ładnie rozrzucone. (Na nizinie mazowieckiej koło Warszawy 
warstwy takie są na 50 m. grube). 
Utwory te lodowcowe mają najróżnorodniejszą postać: 
5ą to głazy narzutowe, skały, skandynawskie granity, gnejsy,
		

/img120_0001.djvu

			111 


już to przeróżne łupki, gliny, piaski. W tym samym czasie, 
gdy niż był pokryty płaszczem lodu, pokryły się też i góry 
polskie szatą wiecznego śniegu i lodowców. Epoka lodowa 
trwała wiele set tysięcy lat. Aby ocenić długotrwałość tej 
epoki należy uwzgJędnić, że wszystkie przyczyny, które wy- 
wołały ten przewrót działały wolno. Powolne oziębianie spo- 
wodowało powolny wzrost lodowców skandynawskich i ró- 
wnie powolny ich pochód na wszystkie strony. Pochód nie 
był jednostajny. Lodowiec często przystawał na dłuższy czas, 
i znowu ruszał naprzód, niszcząc i pustosząc wszystko. Do- 
tarł wreszcie do swej najdalszej granicy. Tu tajał, i szeroka, 
spieniona rzeka, łącząca wody z Karpat i Sudet, płynęła za 
ogólnym spadkiem 'na Zachód do morza Niemieckiego. Tym- 
czasem klimat doznawał znowu powolnego ogrzania; taja- 
nie lodowca przeważyło jego przybytek z północy, lodowiec 
cofał się napowrót, a z nim cofała się na północ i potężna 
rzeka wód lodowcowych. Na Baltyckiej płycie zapewne naj- 
dłużej utrzymywał się cofający się lodowiec, póki i tam cie- 
pło go nie przemogło. Zniknęły lody, a prócz osadów lo- 
dowcowych pozostały ślady zniszczonej flory i fauny, zło- 
ż()ne w utworach lodowcowych. 
Z pochodem lodów na południe, wymierał dawny świat 
roślinny i zwierzęcy, a wędrowały zwolna do Europy środ- 
kowej rośliny i zwierzęta podbiegunowe. 
W obszarach dzisiejszej Polski południowej zaległa wów- 
czas tundra polarna. Był to step zamarzły z ubogą, w walce 
z zimnem znędzniałą roślinnością, pełen rozlicznych mchów, 
i porostów, wśród których bujały kępy turzyc, wełnianek, 
kwiecista flora wód i moczarów, nad którymi rozkładały 
swe gałęzie podbiegunowe, karłowate brzozy lub wierzby. 
Zmienił się i świat zwierzęcy. Z dawnych mieszkańców 
jedynie słoń i nosorożec zdołali utrzymać się na miejscu; 
w miarę mrożności klimatu przyroda przyodziała ich tylko 
w bujną, gęstą, powłóczystą sierść, zahartowała i przysto- 
sowała do walki w zmienionych warunkach życia. Ów słoń 
lodowcowy to mamut. Prócz tych pozostałości dawnego
		

/img121_0001.djvu

			112 


świata zwierzęcego wtargnęły do krajów, położonych na kra- 
wędzi dawnego lodowca, dzisiejsze zwierzęta krajów polar- 
nych, gór lub inne bądż wymarłe, bądż zamieszkujące dzi- 
siejsze lasy i błota, przystosowane do ponownie zmienio- 
nych warunków klimatycznych. Więc obok mamutów i no- 
sorożców pasły się na tundrze olbrzymie jelenie z rogami 
do 4 m. rozpiętości i renifery, kozice, żubry i jeszcze inni 
dzicy przodkowie naszego bydła rogatego, dzikie konie, 
mnóstwo gryzonów, a przedewszystkiem lemingi i myszy. 
Dziedziny bliższe lodowca zamieszkiwali mieszkańcy dzisiej- 
szej skrajnej północy: lis polarny, biały zając, sobole, kuny 
i inne. W lasach i moczarach znaczniej od lodowca odleglej- 
szych gnieździły się bobry i wydry, łosie i daniele, na które 
czatował potężny drapieżnik, niedźwiedż jaskiniowy, lub 
przystosowana do chłodniejszego klimatu hyena. 
Ody lód stajał i znikł na obszarze całej Europy pod 
wpływem ciepłego klimatu, poczęły się w zmienionych wa- 
runkach bytu nowe wędrówki roślin i zwierząt. 
Po zupełnem cofnięciu się lodów nastąpiło w obrębie 
ziem polskich nowe przeobrażenie klimatu. Zrazu klimat 
nasz był suchy, nietyle ciepły, ile wybitnie lądowy, następ- 
stwem czego były stepy i pustynie, rozpościerające się na 
ogromnym obszarze ziem Europy. Miejsce tundry zajęły 
ostre kępy traw i zarośla stepowe, po których bujały anty- 
lopy "sajga", dziś żyjące tylko na stepach Azyi i właściwe 
dziś tym krajom dzikie konie i osły. 
Nakoniec klimat oceaniczny, który w zachodniej Euro- 
pie wyparł tak prędko stepy, zwolna zaczął działać i na ob- 
szarze ziem polskich, zwalczając stepy. Te olbrzymie przeo- 
brażenia klimatyczne, którym uległy ziemie nasze w osta- 
tnich epokach geologicznych tłomaczą nam nietylko postać 
powierzchni ziemi polskiej, ale i charakter współczesnej 
flory i fauny. 
Zwierzęta, dla których zmiana miejsca nie przedstawia Ża- 
dnej trudności, znalazły sobie dziedziny ze stosownymi wa- 
runkami bytu lub wyginęły. Mamuty i nosorożce lodowcowe
		

/img122_0001.djvu

			tt3 


zginęły zupełnie z powierzchni ziemi, zniknęły olbrzymie, 
w stosunku do dzisiejszych ich krewniaków, t. zw. jaski- 
niowe niedżwiedzie i hyeny. Ren, ten poważny świadek zi- 
mnego klimatu, koczował na naszych ziemiach aź do po- 
czątku ery Chrystusowej; żubr ostał się dotąd w puszczy . 
Białowiejskiej, a łoś utrzymuje się dzięki opiece człowieka. 
Bobry, jeszcze do niedawna tak pospolite, chronią się naj- 
obficiej w błotach Polesia. Co więc nie wymarło z da- 
wnego świata zwierzęcego, znalazło sobie właściwe szcząt- 
kowe dziedziny. Kozice i gryzony lodowcowe (np. świstaki) 
znalazły schronienie przed ciepłym klimatem w Tatrach. 
Susły i bobaki skryły się w stepowe kraje. Drapieżce zna- 
lazły sobie siedziby w lasach niedostępnych. W górach ukry- 
wają się jeszcze niedźwiedzie, rysie, żbiki i borsuki. Dalsze 
jest rozprzestrzenienie wielkiego roślinożernego szkodnika, 
jakim jest dzik; pospolity na całym obszarze ziemi jest na- 
tomiast lis i różne gatunki łasic. 
Praca człowieka szerzy w świecie zwierzęcym gwałto- 
wne szczerby tak, że dziś już bardzo zmieniona naturalna 
fauna naszych ziem, wkrótce należeć będzie do przeszłości. 
Inaczej nieco ukształtowała się współczesna szata ro- 
ślinna Polski. Z najściem lodów przeważna część dawnej 
wspaniałej flory wymarła zupełnie, a to nietylko na ziemiach 
przykrytych lodami, ale nawet daleko poza ich obrębem, 
wskutek ochłodzenia się klimatu. Ponieważ zmiana klimatu 
następowała powoli, więc mnóstwo gatunków zdołało się 
do zmienionych warunków przystosować i w ten sposób 
przetrwało ciężką dobę okresów lodowych i stepowych aż 
do naszych dni; dużo takich rozbitków schroniło się w góry, 
które choć miały klimat zimny, przecież więcej słoneczny. 
Podczas okresu lodowego przywędrowały do nas ro- 
śliny polarne, w okresie stepowo-pustynnym rośliny, przy- 
stosowane do suchego, lodowego klimatu. Niektóre rośliny 
polarne i stepowe w zmienionym stanie przetrwały aź do 
naszych czasów. Góry stały się najbliższem schronieniem 


K;y - hubie 1 


.
		

/img123_0001.djvu

			... 


114 


dla roślinności polarnej, która po odwrocie lodów prze- 
ważnie straciła odpowiednie warunki dla siebie na niżu pol- 
skim. Z tej polarnej flory została się w górach kosodrze- 
wina, tu i owdzie limba, a poniżej hal zapanował świerk. 
Zeszła z gór jodła. osiedlając się w pobliskich górach Św. 
Krzyskich, błąkając się zrzadka po nizinie, znalazła schro- 
nienie w puszczy Białowiejskiej. Z dalekich gór Syberyi wę- 
drował świerk i rozpostarł się olbrzymimi lasami w całej 
nizinowej Europie. 
Dwa były kierunki, w których wędrowały i wędrują 
rośliny w polskie niziny. Jeden z nich południowo-zachodni 
wiódł od gór i wyżyn środkowej i południowej Europy, 
drugi wschodni od gór Syberyi i Kaukazu. Pierwsze ogni- 
sko bliższe silniej wpłynęło na rozwój naszej flory. Z po- 
łudnia i zachodu przywędrowały do nas drzewa liściaste 
jak dąb, buk, grab, lipa, wiąz, jesion, klon i tak charakte- 
rystyczny dla naszych lasów liściastych wiecznie zieleniejący 
bluszcz. 
\V każdym razie step i góry - to zupełnie odrębne 
krainy roślinne. Poza ich obrębem cały obszar ziem pol- 
skich był w czasach przedhistorycznych jedną olbrzymią 
puszczą leśną, przerwaną tylko zwierciadłem wód płyną- 
cych i moczarów. 
Jak świat zwierzęcy legł w walce z człowiekiem, tak też 
i świat roślinny, mający tyle wrogów w klimacie i w sobie 
samym, został wreszcie przez człowieka spędzonym z zaj- 
mowanego obszaru i ograniczony do nielicznych schronisk, 
jakie mu człowiek zostawić raczył. Cały obszar ziem pokrył 
się sztuczną szatą roślinną: uprawnych pól zbożowych, sia- 
nych łąk, zagospodarowanych lasów. Szatę roślinną natu- 
ralną. częstokroć wrogą kulturze, człowiek ustawicznie trzebi 
i tępi. 


Podług E. Romera l). 


I) "Polska" - Zeazyt l. Lwów.
		

/img124_0001.djvu

			115 


Z tleraklita. 


Od niepamiętnych dni zamierzchłych w dali 
Wszystko jest w ruchu. 
Gwiazdy i słońce - to kręgi na fali - 
Wszystko jest w ruchu. 
l liść pędzony podmuchem jesieni 
Ptak i zwierz z boru, i wielcy i mali 
Wszystko jest w ruchu. 
l miazga w drzewie, i krew żył człowieka, 
l tony fletni i pieśń, co mnie pali... 
Wszystko jest w ruchu. 
Miłość i zawiść, i gniewy i swary, 
Ci co walczyli, i ci, co kochali 
Wszystko jest w ruchu. 
J. V1'chlicki (tł- Konopnicka). 


. 


Przyszłość świata. 


Przebiegając dzieje ziemi od czasu przypuszczalnej pier- 
wotnej mgławicy, aż do chwili obecnej, zrozumiemy, że 
chwila ta, równie jak i wszystkie minione, jest znikoma, 
jest skutkiem przeobrażeń przeszłych i zarazem podstawą, 
punktem wyjścia przeobrażeń przyszłych. Zadaniem nauki 
jest nietylko stwierdzenie i wyjaśnienie tego, co było lub 
jest, ale również do pewnego stopnia-przewidywanie tego, 
co b«:dzie. 
Spróbujmy więc ze stanowiska ewolucyi zapuścić wzrok 
w tajemniczą przyszłość ziemi. 
o Uczeni rysują nam tę przyszłość w sposób bardzo nie- 
wesoły: ziemię ze wszystkiem, co się na niej znajduje, czeka 
bezwarunkowo śmierć; wątpliwość może być tylko, jakiego 
będzie ona rodzaju, mamy bowiem dość bogaty wybór: więc 
ciepło ziemi uleci, ziemia wystygnie, woda i powietrze prze- 
nikną w jej skaliste wnętrze i glob nasz stanie się martwym, 


..
		

/img125_0001.djvu

			116 


pustym jak obecnie nasz księżyc. Słońce stale lubo powoli 
traci swe ciepło, coraz słabiej ogrzewać będzie ziemię; przyj- 
dzie więc chwila, gdy "ostatni Eskimos pod równikiem zgi- 
nie, marznąc przy słabym blasku lampy tranowej". 
Wreszcie słońce pokryje się twardą skorupą, zagaśnie 
zupełnie i ziemia oraz inne planety krążyć będą "jak mil- 
czące, ciemne groby około ciemnego słońca". Nie dość na 
tern. nastąpi czas, gdy wszelka energia we wszechświecie 
rozproszy się (entropja) ; nie będzie żadnego ruchu, żadnej 
wymiany, i świat cały stanie się jednym wielkim cmenta- 
rzem! - Czy tak, czy owak, po epoce antropozoicznej, 
w której żyje człowiek, nastąpi epoka apozoiczna (poży- 
ciowa). 
Wprawdzie pOcieszają nas tern, że to się stanie do- 
piero po milionach lat, że więc my osobiście możemy być 
spokojni; że nawet nie mamy co się troszczyć o bardzo 
długi szereg naszych potomków, którzy długo żyć będą 
szczęśliwie, nagromadzą wiele bogactw i wieie pięknych rze- 
czy zdziałają. 
Lecz dla człowieka, wybiegającego poza ciasną sferę 
codzienności i jednostkowego egoizmu; dla człowieka czu- 
jącego się ogniwem w nierozerwalnym łańcuchu wciąż po- 
stępującej doskonalącej się ludzkości "pociecha" ta nie jest 
zaiste pocieszającą; nie zdoła ona uwolnić go od fatalnej, 
przygnębiającej myśli o marności wszelkich usiłowań, zni- 
komości wszelkich cywilizacyjnych zdobyczy, wszelkich udo- 
skonaleń duchowych: wszystko to znajdzie przecież bezpc- 
wrotny koniec w ogólnej śmierci wszechświata. Wobec 
tego, warto postawić sobie pytanie, czy wyrok. wypisany 
wyżej przez naukę, jest absolutnie nieodwołalny, czy w po- 
wyższem wnioskowaniu nie pominięto czasem jakiegoś 
czynnika, który może jeszcze zmienić rezultat i śród po- 
wszechnej śmierci utrzymać pierwiastek życia? Sądzimy, że 
tak. A nie zamierzamy opierać się tu bynajmniej na stano- 
wisku bujnej fantazyi lub gorących pragnień serca ludzkiego; 
nie: stajemy na naukowej podstawie ewolucyi (rozwoju).
		

/img126_0001.djvu

			t17 


Powiadają nam, że ziemia umrze i że to się stanie dopiero 
za lat miliony, dobrze, ale zap)1ajmy teraz czem stanie się 
przez ten czas człowiek, istota myśląca i czująca; jakiej ule- 
gnie ona zmianie pod wpływem milionów lat ewolucyi; 
w jakim stosunku stanie jej wciąż rosnąca potęga do iJotęg 
martwej przyrody? - Czy więc mamy prawo uważać po- 
wyższy wniosek o powszechnej śmierci za zupełnie pewny, 
gdy przy jego wyprowadzeniu nie wzięliśmy w rachubę 
tego czynnika, tej olbrzymiej i wciąż olbrzymiejącej potęgi 
ducha? 
Jakie rezultaty potęga ta będzie mogła sprowadzić, 
gdy na planecie naszej, choćby zmarniałej, zimnej, ciemnej 
zabłyśnie słońce prawdy, zapłonie ciepło sprawiedliwości; 
gdy olbrzymie siły, zużywane dotąd na mordy, pożogi, na 
wzajemne wydzieranie sobie owoców pracy, na zmuszanie 
jednych, by myśleli i czuli jak drudzy, na gwałtowne tłu- 
mienie prawdy, zagłuszenie sprawiedliwości, na niewymo- 
wne cierpienia moralne stąd wynikające, gdy wszystkie te 
siły, idące dziś na marne, lub na tworzenie zła, zwrócą się 
wyolbrzymione milionami lat ewolucyi, w zgodnem współ- 
działaniu całej ludzkości na walkę z martwą przyrodą? Czy 
jesteśmy w stanie dziś olbrzymie skutki tego obliczyć, 
a choćby sobie wyobrazić? - Czy ludzkość taka, wyolbrzy- 
miała, nie pokona martwoty przyrody_ Czy nie pokona 
śmierci samej? - Czy po epoce antropozoicznej życie czło- 
wieka zamiast obiecywanej nam apozoicznej (pożyciowy) 
nie nastąpi raczej psychozoiczna (życie ducha)? - Wyo- 
braźmy sobie bowiem, że gdyby w odległej epoce geologi- 
cznej, przed nastaniem dzisiejszych klimatów słonecznych. 
gdy na całej ziemi panowała jednostajnie wysoka tempera- 
tura, zimnokrwiste zwierzęta, żyjące w tej epoce mogły my- 
śleć i wnioskować, na podstawie ówczesnych stosunków, 
O przyszłości, na podstawie zmniejszenia się tarczy słońca, 
wywnioskowałyby o nastąpieniu z czasem klimatycznych zmian 
temperatury, spadającej poniżej zera i wywołującej krzepnię- 
cie soków żywotnych, zwierzęta te twierdziłyby z pewnością,
		

/img127_0001.djvu

			118 


że wtedy, t. j. z nastaniem takiego klimatu, nastąpi koniec 
.życia lub przynajmniej jego ograniczenie do wązkiego pasa 
równikowego. A jednak wiemy, że tak się nie stało, albo- 
wiem drogą ewolucyi pojawiły się istoty, posiadające zdol- 
ność \łytwarzania własnego ciepła, przeciwdziałającego zimnu 
zewnętrznemu. Wiemy też, że dziś i ciemnościom organizmy 
potrafią stawiać czoło, w ciemnych głębiach oceanu rozwi- 
nęły się istoty, wytwarzające własne światło, którym przy- 
świecają sobie, niby latarnie. 
Czyż więc my, nauczeni doświadczeniem wieków, mamy 
jeszcze wnioskować tak jak owi zimnokrwiści myśliciele? 
Czyż oparci na prawach ewolucyi, nie możemy przypuścić 
raczej, że gdy nasze słońce, gdy wszystkie słońca zagasną, 
gdy energia się ich rozproszy; - że wtenczas śród zimnych 
i ciemnych przestworów wszechświata zabłysną słońca nowe, 
nowe skupienie energii - słońca myślące i czujące o woli 
tak potężnej, iż będą dowolnie koncentrowały w sobie po- 
trzebne zapasy energii i dowolnie nią kierowały - istoty 
niezależne od otoczenia, lecz stwarzające sobie same oto- 
czenie sztuczne, zależne od ich woli potężnej - istoty o tyle 
wzniesione nad nami, o ile myśmy stanęli wyżej ponad kam- 
bryjskie trylobity lub nawet ponad drzemiące zaczątki życia 
jakiegoś archaicznego eozoonu! Tak więc patrząc z wyso- 
kiego stanowiska ewolucyi w nieskończoną otchłań przy- 
szłości, dostrzegamy tam nie rozpaczliwe mroki wiecznej 
śmierci, lecz żywiące blaski wiecznego i wciąż potężnieją- 
cego - życia. 


,. 


1V. Nałkowski l). 


fY. 
.
 
.1 


..... 
,


--",\ 


..i 


1) Pcrad.nik dla samouków, t. V, część I. NaJkowski: 11lJzieje 
ziemi". 


.